Zabawa z przekładem #7: “Listopady” Martine Delerm

Lato jest takie ekspansywne, ciągle dzień i wypada się nim cieszyć. Jesień pozwala zwolnić, daje prawo zaszycia się w ciepłym kącie z książką i herbatą. Lato jest wymagające, jak bal, na którym obowiązkowo trzeba się dobrze bawić. Jesień jest tolerancyjna.*

Jesień

Cytaty pochodzą ze zbiorku opowiadan Novembres (Listopady) autorstwa Martine Delerm (wyd. Points, 2016) w moim wlasnym wolnym przekładzie. Wszystkie zdjęcia (oprócz pierwszego): zbior wlasny autorki bloga.

****

Nienawidził jesieni, a zwłaszcza listopada. Jej zwodniczy przepych i babie lato wzbudzały w nim lęk. Formuła, którą wymyślił, trafiała w samo sedno: listopad jest jak papieros skazańca. A Jérôme nie bał się z niej korzystać.

***

Jérôme nienawidził jesieni, jej zmiennej pogody, kaprysów i wszechobecnych rudości. Pospiesznym krokiem pędził przez Ogród Luksemburski, skacząc przez kałuże z tą samą energią, z jaką pokonywał rozliczne przeszkody w swojej karierze, z laptopem w ręce, zamknięty we własnym, niewrażliwym na uroki ogrodu świecie, który zaludniały liczby, plany, giełda CAC-40 i wielkie międzynarodowe korporacje.

***

Była piąta po południu. W okno pukały ostatki lata.

***

Szedł wzdłuż rosnących w szpalerach jabłoni i gruszy, pochłonięty czytaniem tabliczek z nazwami, na próżno jednak szukał gruszek Paryżanek… Jakiś mocno już posunięty w wieku starszy pan w rękawiczkach, który z uwagą przyglądał się drzewkom owocowym, uchylił przed nim kapelusza, kiedy Jérôme go zagadnął. „Tak, tak, gruszki są już dojrzałe … o, tam dalej … pan widzi… po tamtej stronie. Rzadki gatunek, trochę już zapomniany, ale jaki smak!”. Sam je kiedyś zasadził, ale to było dawno temu… tak dawno temu… Jérôme podziękował i patrzył za nim, jak odchodzi. Obiecał sobie, że opowie tej kobiecie o wszystkim, na pewno się ucieszy: o jesiennym dniu w Ogrodzie Luksemburskim i starym ogrodniku w kapeluszu i rękawiczkach. Co za elegancki starszy pan! Notował wszystko, co było warte zapisków. Tymczasem słońce schodziło już nisko i rozświetlało spody liści żółtym światłem, mieszając ze sobą na trawnikach cienie drzew i posągów.

***

Po południu nad Paryż nadciągnęły chmury, wypełniając powietrze elektryzującą szarością. Około czwartej spadło kilka kropli deszczu, a wisząca w powietrzu burza rzucała osobliwe światło na Ogród Luksemburski, zderzając ze sobą oszałamiająco złote liście z fioletowym półmrokiem mirażowego nieba.

***

Była sobota. Tu i owdzie ojcowie pchali swoje dzieci na trójkołowych rowerkach, a jakiś samotny mężczyzna siedzący w półcieniu, tuż obok plamy światła, czytał książkę w okładce z szarego papieru.

***

Powalona na ziemię jesień dogorywała w wyziewach przesiąkniętej wilgocią piwnicy.

***

Cukierkowo błękitne niebo rozsiewało po ulicach rozproszone, słodkie jak miód światło, pełne osobliwych wibracji. Coś w rodzaju doświadczenia déjà-vu gdzieś na skraju własnej pamięci, rozmytego i niemożliwego do określenia. Coś jak kawałek dzieciństwa.

Jesień

***

Szedł długo przez siebie, po czym przysiadł na chwilę w pobliżu fontanny Medyceuszy. Małe, okrągłe, bladożółte listki, poprzecinane wyblakłą siecią fioletowych żyłek, kołysały się łagodnie na czarnej tafli wody… Kobieta w zawoju na głowie rzucała okruchy chmurze gołębi, dozorca na rowerze jechał tak wolno, że miało się wrażenie, jakby przez cały czas tkwił w tym miejscu, a zapomniane grabie stały oparte o pień kasztanowca … Jérôme pomyślał, że kupi sobie aparat fotograficzny.

***

Wieczorem ponownie przeglądał swoje notatki: zapach gofrów, słomkowe kapelusze pszczelarzy, karpie zataczające kręgi w dużym stawie… Ku swojemu zaskoczeniu opisał nawet mozaikę na korze platanów przypominającą drzeworyt „en camaieu” i mizerność ostatnich dalii. Starannie dobierał słowa i przymiotniki, czasami dokonując skreśleń. Raz jeszcze natknął się na starego ogrodnika i minął czarnego kota o żółtych oczach… Rozpoznawał juz kilku stałych bywalców jakby tkwiących na posterunkach pośrodku właściwego im terytorium: dwóch szachistów wiecznie zgiętych pod ciężarem myśli, młodą rudowłosą dziewczynę, być może Angielkę, która uczyła się do egzaminów, opatulona w za duży sweter, babcię z wnuczka idące powoli razem ręka w rękę, czasami przystając, by podnieść z ziemi kilka liści… Ubranych na biało biegaczy, jakichś bezdomnych, a także dzieciaki grające w koszykówkę i zamożnych turystów: wszystkich tych zwykłych zjadaczy chleba zamkniętych na kartkach jego notatnika. Skrupulatnie ważył ich życia i miłości… 
Jesień

***

Właśnie wtedy, gdy przechodził przez cmentarz Père-Lachaise, zrozumiał, że nie zostanie laureatem nagrody. Tak po prostu. Ni z tego, ni z owego. Wytłumaczył to sobie dopiero znacznie później, ale wtedy jeszcze nie pojmował, że to sprawka lodowatego światła, zbyt osłonecznionych tej jesieni ścieżek cmentarza i tej niemal idealnej ciszy w samym centrum gwarnego Paryża.

***

I właśnie tam, w opustoszałej alejce tego wymarłego miasta, w śliskiej ścieżce pokrytej zwiędłymi liśćmi, dotarło do niego, że nie otrzyma tej nagrody.

***

Listopadowe niebo prześwitując między gałęziami, poddawało się metamorfozom i ogołocone ze złotych odcieni, chyliło się w kierunku zimy. Zabrali mi jesień, pomyślał melancholijnie.

 

Jesień

***

Oparł czoło o zimną szybę okna. Często mu się to zdarzało. Czy to deszcz, czy wiatr, czy też noc.

***

Monotonne listopadowe deszcze farbowały na czarno pnie platanów, rozmiękczały ostatnie liście rozrzucone naokoło licznych kałuż na dziedzińcu, ostatecznie zamazując cały wszechświat. Dzieci pierzchnęły z budynku, trzymając nad głowami tornistry i w pospiechu zbiegły po schodach w stronę wolności.

***

Brama pozostała otwarta. Zamierzał ją zamknąć później, nim zabierze się za poprawianie zeszytów. Na razie jednak, a była już piąta, korzystał w ciszy z chwili wytchnienia. Poczuł, jak płonie mu czoło w zetknięciu z lodowatą szybą.  Lampa na biurku rzucała odbicie w ciemnym oknie niczym przedziwne zielone słońce na tle nadchodzącej nocy. Poza nim w tej szkole gdzieś na końcu świata, pośrodku zapomnianej wsi, nie było nikogo. Tylko on i Koncert wiolonczelowy Tartiniego.

***

Muzyka na wieczory we dwoje, kiedy miasto jest tak daleko, a na zalanych polach pada deszcz. Zielone oczy, mięciutki sweter na listopad, jesienne włosy w czasie spacerów po mokrych ścieżkach. Smyczek, aby ujarzmić zwykłe gesty i wyciszyć muzykę…

***

Nagle przestał żałować, że wysłano go tu jak na wygnanie, z dala od wszystkiego, do tej zapadłej dziury. W niepamięć odchodziły deszczowe wieczory, które spędzał oparty czołem o pustkę, nieistnienie i czarna samotność okiennej szyby.

***

By znaleźć się u progu jesieni, być może potrzebny był ten jeden długi, osobliwy tydzień, gdy słońce toczyło walki z nadchodzącym zmierzchem, a noc ociągała się z odejściem aż do późnego rana…

***

A wówczas lato, ze wszystkich stron otoczone teraz przez coraz krótsze dni, mgły i mroźne poranki, rozpryskiwało się na miliony złotych pęcherzyków miodu i rozpływało w zapachu gorącego chleba, swoje ostatnie ognie rozpalając w cieple żniw, gnuśnej ospałości i opadłych z drzew owocach.  

 

Jesień

***

Następnego dnia padał deszcz. Paryż tonął w przygaszonych szarościach. Trzeba będzie poczekać aż do poniedziałku… Ulicami hulał silny wiatr. Sweter z golfem, mitenki, kapelusz. Stacje metra: Auber, Trinité. Gdzieś między Pigalles i Abbesses przed oczami stanęła jej Joanna.

***

Stacja Lamarck. Przy wyjściu z podziemi metra przywitała ją czysta jasność. Było jeszcze wcześnie, o tej porze turyści wciąż jeszcze smacznie spali. W opustoszałych uliczkach nie opuszczało jej to cudowne uczucie, że oto przed nią kroczy samo życie, sprawiając, że jej kroki stały się lekkie niczym chmurka. Przynajmniej przez godzinę będę sama, pomyślała.

***

Nie myśleć o niczym. Skoro życie cię opuszcza, to i ty je zostaw za sobą… Taka mała, ledwie dostrzegalna rysa w porcelanie codziennych dni, która stopniowo pokrywa się brązowym nalotem, aż w końcu staje się widoczna. Pomimo wszelkich środków ostrożności. Wszystko rozpadało się na kawałki … Miała ochotę po prostu odpuścić sobie i przestać walczyć. Jesień ze swoją przebiegłą i zdradliwą metamorfozą, złudnymi oczekiwaniami i ohydnymi wyrzeczeniami wzięła górę nad jej własnym hartem ducha.
***

Zsuń się z murku, na którym siedzisz, popędź przed siebie, zejdź po schodach i odkryj na nowo Paryż, ten prawdziwy: jego budynki, światła na skrzyżowaniach, uliczny ruch… Zniknij w ludzkim tłumie i daj się ponieść nurtowi.

 

Jesień

***

Prowincjonalne miasteczko : życie zamknięte na kilku hektarach, kilku ulicach i w kilku ludziach.

***

Listopad raz do roku osiągał swoje apogeum, gdy lipy rozrzucały swoje złote liście po alejkach w parku Maurice’a Fombeure’a, a Dzień Wszystkich Świętych rozpalał wokoło wspomnienia w kolorze ciemnego bursztynu. Całe miasto pogrążyło się w przygaszonych odcieniach ochry, ognia, liści i dachówek, bardziej jesiennych niż najbardziej nawet jesienny las, ale Gabrielle Mavel, która nie miała duszy artystki, nigdy tego nie dostrzegała…

 

Jesień

***

Ogród botaniczny La Serre jest zamknięty. Lise odchodzi w deszczu. Paskudnym, lodowatym deszczu. Podnosi kołnierz płaszcza, gderając cos pod nosem. Zawsze znajdzie się jakiś powód!

***

W opustoszałym Jardin des Plantes woda rozlewa się szerokim kręgiem w piaszczystych kałużach, zalewa ścieżki, spływa w wąskich strużkach strumyków i wsiąka w piasek, rozmywając się w brzmieniach szkła i mosiądzu.  

***

Olbrzymi kolonialny sen o palmiarni wznosi dumnie swoją potężną sylwetkę skąpaną w deszczu, który smaga ten niemalże wymarły i cichy kawałek Paryża, zaledwie kilka kroków od ludzkiego ekosystemu, który pulsuje i błyska światłem niczym rój świetlików, klikając w swoje telefony i laptopy. Ale w ogrodzie botanicznym czas stał w miejscu.

***

Korzenie figowca skręcają się i wiją po ziemi, kreśląc rachityczne zawijasy między stojącą w kałużach deszczówką. Jego oczy wędrują ku górze tam, gdzie sinoniebieskie gałęzie pną się w kierunku światła, w wiecznym oczekiwaniu na deszcz, chmary ptaków i owadów. Z nadzieją na życie. Ani jednego odgłosu, ani poruszenia, ani nawet najmniejszego muśnięcia wężowych splotów. Za ścianą z mętnego szkła wysmukle orchidee dają świadectwo botanicznego istnienia. Nieco wyżej, pod łukowatym sklepieniem, oceaniczne wiry tłuką w szyby palmiarni, daleko od zielonego listowia.

 

***

Pragnął odnaleźć tu różne smaki i wonie, trzepot ptasich skrzydeł… Malo brakowało, by się poddał i zostawił daleko za sobą kleistą i ciężką wilgoć tego miejsca, trafiając z powrotem prosto pod deszcz, który go tu przywiódł.

 

***

Pobiegł w kierunku Jardin des Plantes. Gwałtowna ulewa pokryła przestrzeń wokoło ciemną kotarą. Pędził przed siebie w butach wilgotnych od gąbczastego piasku zalanych alejek. Zalany deszczem ogród rozsiewał wokoło ponurą aurę i rozpryskiwał oleiste plamy tęczy na tafli wody w kałużach, świecąc metalicznym połyskiem pośród zielonkawych mchów. W samym sercu tych iście biblijnych potopów stała Ona: paryska palmiarnia. La Serre. Wszedł tam, by znaleźć schronienie, pchany nagłą potrzebą, by wślizgnąć się do ogrzanego wnętrza bezpiecznego kokonu.

Jesień

***

André Quintrec podniósł kołnierz swojego płaszcza. Pierwsze opadłe z drzew liście kasztanowców wzlatywały nad chodnikiem, pędzone namiętnymi podmuchami wiatru. Listopad co dopiero się zaczął, a Paryż już dygotał z zimna. Około drugiej po południu niebo nad Notre-Dame pokryło się szarym całunem i całe miasto wyglądało jak wymarłe. Całkiem wyblakły cienie rzucane przez gałęzie pobliskich drzew na książki ułożone na stoisku w zgrabne stosiki. Po kilku minutach na bulwarach nie było żywego ducha. Pierwsze krople deszczu.

 

***

Las wokół stawów był zaskakująco piękny. Niespiesznym krokiem poszła na przechadzkę wokol stawów. Mgła powoli unosiła się, odsłaniając złote i bursztynowe refleksy na ciemnej, nieprzejrzystej tafli wody. Jesienne liście unosiły się w ciszy na jej powierzchni. Jej serce zabiło mocniej na ten widok. Wciągała w płuca listopad, który tak bardzo kochała, z jego lekką powagą, jaka wisiała w powietrzu. Bicie serca w jej piersi zlewało się z miarowym stukotem laski, którą się podpierała o ziemię. Sto listopadów, rok po roku, na zrudziałych dywanach jesieni, pod ołowianym niebem, w pogoni za światłem i melancholią.

Teraz musiała jednak opuścić ten zaczarowany zakątek.

 

Jesień

***

To właśnie tego dnia wszystko się zaczęło i być może tego właśnie dnia wszystko się skończyło. Był to bardzo zwyczajny listopadowy dzień w kawiarni na placu Saint-Suplice. 

***

Jesień tego roku rozlala po Paryżu przedziwną łagodność i słodycz, sprawiając, że aż do połowy października, do późnej nocy, stoliki pobliskich restauracji wciąż stały na chodnikach przed zamkniętymi sklepami. Uliczki Dzielnicy Łacińskiej wyglądały dzięki temu jak włoskie miasteczka w środku lata. A potem nagle nastała szarzyzna, zimno i plucha. Dzień Wszystkich Świętych w ciągu jednego dnia zmiótł pozostałości po biesiadach i zabawach i ogołocił z liści kasztanowce w Ogrodzie Luksemburskim. Sczerniałe liście butwiały na dnie gnijących kałuż.

 

 

* Anonimowy komentarz czytelnika/czytelniczki Wysokich Obcasów

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl