Zabawa z przekładem #5. J. Contrucci: Lot białozora

 

 

Znany pisarz Jean-Gabriel Lesparres nie opublikuje swojej najnowszej powieści, której od przeszło dziesięciu lat domaga się nie tylko jego wydawca, ale i czytelnicy, prasa i cały światek literacki. Jean-Gabriel nie poddaje się żadnym naciskom. „U szczytu kariery literackiej i celebryckiej, dzięki której stałem się szarą eminencją o mocach pozwalających mi zarówno na intronizację nowych gwiazd literatury, jak też zrzucanie ich z cokołów, znalazłem się w skórze człowieka, któremu właśnie odrzucono rękopis jego powieści. Z jedną tylko różnicą: byłem jednocześnie kandydatem i egzaminatorem”.  Aby nie publikować tej ostatniej książki, Lesparres postanawia sfingować kradzież jedynego rękopisu. Wszystko idzie zgodnie z planem do dnia, w którym otrzymuje do oceny wydruk tej oto ukradzionej powieści… sygnowanej innym nazwiskiem.

Zabawa z przekładem #5

Jean Contrucci: Le vol du gerfaut (Lot białozora)

HC Editions (2018)

Poniższy fragment w tłumaczeniu autorki bloga

Pozostałe części cyklu Zabawa z przekładem tutaj: #1, #2, #3, #4.

 

***

 

Lotnisko Marseille-Provence, 2 lipca, 11:45

 

Samolot z Palermo osiadł na płycie lotniska z dokładnością co do minuty. Przed nami stało najtrudniejsze zadanie: odbiór naszych bagaży. Z początkiem wakacji zatłoczenie w hali odlotów osiągnęło swoje apogeum. W przeciągu kilku minut jeden po drugim wylądowało aż osiem samolotów. Wokół taśmowego przenośnika bagaży, który wydzielał walizki z szybkością kroplomierza, kłębił się tłum, niczym pierwszego dnia wyprzedaży w centrum handlowym.

Z wiekiem moje widzenie z pewnych odległości staje się coraz bardziej zamazane. Zmęczone soczewki moich oczu nie potrafią już bowiem w porę złapać ostrości.

A jednak to właśnie on rzucił mi się w oczy.

Zamiast wtopić się w tłum i wyglądać po prostu jak zwyczajny wczasowicz, on na pierwszy rzut oka po prostu się wyróżniał. Jako jedyny stał bowiem z pustymi rękoma, nieobładowany plastikowymi siatkami, pamiątkami z wakacji, czasopismami, ubraniami, podręcznym bagażem czy podekscytowaną dzieciarnią. I jako jeden z nielicznych nie paradował w stroju tak chętnie wybieranym przez turystów. W przypadku mężczyzn były to między innymi: jarmarcznie kolorowe koszule, bezkształtne szorty, klapki i czapki z daszkiem z reklamowym nadrukiem; dla kobiet zaś tanie i krzykliwe pareo kupione na jakimś egzotycznym stoisku. Bez kompleksów obnaszali te swoje pomięte lumpy z plamami od potu i rozlanych napojów, choć umarliby ze wstydu, gdyby ktoś przyłapał ich w tych samych szmatach, jak wieczorem po ciemku wynoszą śmieci.

Bałem się, że Laura zauważy dziwne zachowanie podróżnego bez walizki, który zbliżał się do nas z konspiracyjnym wyrazem twarzy, co mogło skutecznie zniweczyć nasze plany.

Zmęczony głos mojej młodej żony uspokoił mnie jednak:

– Poczekaj tu. Pojdę kupić ci gazetę a sobie Vanity Fair.

Patrzyłem, jak oddala się tymi swoimi kocimi krokami, od czasu do czasu zaś zerkałem w stronę bagażowej taśmy, teraz stojącej w bezruchu.

Poczułem ulgę. To dawało Manuelowi czas na działanie. Nie chciałem, żeby Laura była świadkiem sceny, która miała zaraz nastąpić.

Nie miałem przecież żadnego powodu do dumy.

Zabawa z przekładem #5. J. Contrucci: Lot białozora

Mój złodziej miał na sobie klasyczny uniform dzisiejszej młodzieży: wyblakłą niebieską koszulkę ozdobioną psychodelicznym rysunkiem, dżinsy i trampki. Ładny chłopak, nawet mimo trzydniowego zarostu. Ktoś mi powiedział, że broda to obecnie niezbędny element wizerunku dzisiejszego podrywacza. Nie przestaje mnie dziwić, że dziewczyny mają ochotę ocierać swoją delikatną skórę o policzki tych jeżozwierzy. Osobiście należę do innego pokolenia: wody kolońskiej i nienagannie starannego golenia twarzy ręczną maszynką. Pokolenia ciemnego garnituru i krawatu. Kiedy pokazuję mojej córce Stéphanie, czterdziestolatce, zdjęcia z mojej młodości i zdradzam jej, że właśnie w takim stroju chadzaliśmy na przyjęcia-niespodzianki – muszę jej przy tym wyjaśnić, co to słowo oznacza – ona patrzy na mnie na wpół litościwie a na wpół z przerażeniem w oczach, niczym paleontolog, który właśnie odkrył nieznany gatunek dinozaura.

Manuel, któremu długie włosy przylegały do czaszki od potu, miał na nosie lustrzane okulary przeciwsłoneczne, mające bez wątpienia maskować kierunek jego spojrzenia. Wyglądał na zdenerwowanego. Obawiałem się przez chwilę, że nie da rady i wycofa się w ostatniej chwili, przytłoczony i oszołomiony tłumem, który kotłował się w hali odbioru bagażu w napiętym oczekiwaniu na to, kto pierwszy dopadnie swojej walizki.

Postawiłem teczkę na podłodze, tuż przy prawym bucie i oparłszy jej ciężar na prawej łydce, w zamyśleniu przyglądałem się, jak sznur walizek, toreb i plecaków przesuwa się w żółwiowym tempie po gumowej wężowatej taśmie. Manuel podszedł do mnie bliżej, rzucając wokół niespokojne spojrzenia, a jednocześnie usilnie próbował nie patrzeć mi prosto w oczy. Pomyślałem, że jeśli w pobliżu kręcą się pracownicy ochrony, będzie po nim. Miałem wrażenie, że wszyscy widzą jego niezdarne manewry. Zatrzymał się gdzieś w pobliżu mnie, z tyłu, w odległości jednego metra. Niemalże pokazałem mu gestem aktówkę leżącą u moich stóp. Co za bęcwał ze mnie!

W końcu stanął bezpośrednio za mną.

Ostentacyjnie opuściłem głowę, udając, że pochłonęła mnie obserwacja walizek, które kręciły się w kółko na taśmociągu niczym figury na dziecięcej karuzeli. Patrzyłem bez ruchu, jak nasze bagaże oddalają się powoli na taśmie. Postanowiłem poczekać na kolejną turę.

“Oby tylko zdecydował się na ten krok, zanim powróci Laura! ”

Poczułem, jak coś lekko musnęło moją prawą nogę. Kiedy spojrzałem na swoje stopy, mojej aktówki już tam nie było. Odwróciłem głowę w stronę najbliższego wyjścia. Manuel uciekał w pośpiechu ze swoim łupem, jak gdyby ścigała go wataha wilków. Przyciskał go przy tym do swojej piersi, a z tyłu wyglądało to tak, jakby trzymał w ramionach małe dziecko.

W teczce, którą właśnie mi zrabowano, znajdował się rękopis mojej najnowszej powieści zatytułowanej „Jak lot białozorów”. To moja dwudziesta piąta książka.

Odlot białozora!

O ironio, wybrany przeze mnie tytuł nabrał nagle zupełnie innego znaczenia niż pierwotnie zakładałem.

Zabawa z przekładem #5. J. Contrucci: Lot białozora

Mówiąc o rękopisie, nie mam na myśli figury stylistycznej. Tekst książki był bowiem w całości napisany odręcznie. Nigdy bowiem nie umiałem korzystać z komputera. Kiedy masz ponad siedemdziesiąt lat, jest już za późno, aby zacząć. W zetknięciu z maszyną do pisania okazywałem patologiczną wręcz niezdarność. Z reguły pisywałem najpierw ołówkiem, aby moc łatwo wymazywać linijki tekstu (nie cierpię przekreśleń), na kartkach papieru w kolorze pistacjowym, tak kojącym dla oczu. W tamtych czasach kupowałem go od wytwórni papieru Vallis Clausa z Fontaine-de-Vaucluse. Ten wyrabiany ręcznie, nieregularny i szorstki papier doskonale łapał moje myśli.

Po nakreśleniu pierwszego szkicu książki przepisywałem go przy pomocy wiecznego pióra do notatnika o dużych kratkach. Używałem zawsze tego samego pióra marki Montblanc z serii Meisterstück: był to kosztowny i niewygodny w użyciu gadżet, który mniej więcej co trzy strony musiałem ponownie napełniać atramentem. Jednak ze względu na wielkość stalówki moje pismo było duże i wyraźne, co bardzo ułatwiało powtórną lekturę. W trakcie przepisywania do zeszytu stopniowo pozbywałem się luźnych arkuszy moich rękopisów. Na koniec zaś Laura wpisywała ostateczną wersję tekstu do komputera i wysyłała do mojego wydawcy, zachowując plik na dysku dla potrzeb mojego osobistego archiwum.

Zabawa z przekładem #5. J. Contrucci: Lot białozora

Ale tym razem nie byliśmy jeszcze na tym etapie. Tego dnia w mojej aktówce znajdował się jedyny egzemplarz mojej powieści „Jak lot białozorów”, starannie przepisanej przeze mnie do trzech brulionów o niebieskiej okładce i ponumerowanych stronach. W czasie naszych wakacji na Sycylii przez tydzień udawałem jeszcze, że pracuje nad nią w pocie czoła. Ta książka to osiemnaście miesięcy pracy. Prawie dwieście pięćdziesiąt stron wydruku.

Właśnie dałem ją sobie ukraść.

A wszystko to za moją zgodą.

W sama porę zresztą, bo oto Laura wracała z gazetami.

Obserwując, jak mój wspólnik oddala się sprzed lotniska, lawirując między samochodami i autobusami z moim papierowym dzieckiem pod pachą, pomyślałem wreszcie z głęboką ulgą w sercu: „Cóż… Baba z wozu, koniom lżej! »

 

Zdjęcia:

1. Kiwihug

2. Florian Klauer

3. Peter Lewicki

4. Trent Erwin

5. Joanna Kosinska

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl
x Shield Logo
This Site Is Protected By
The Shield →