Zabawa z przekładem #2. M. Leroy: Ariane

To juz drugi odcinek cyklu Zabawa z przekładem. Od razu zaznaczam, że jest to wyłącznie zabawa z tekstem i choć staram się, by moje tłumaczenia były staranne i odzwierciedlały „duch oryginału”, to mogą się tam pojawić różne kiksy, pomyłki i inne translatorskie babole.

Zapraszam do lektury!

 

Zabawa z przekładem #2. M. Leroy: Ariane

Myriam Leroy: Ariane

Powieść belgijskiej pisarki wydana przez wydawnictwo Don Quichotte (styczeń 2018).

Poniższy fragment w przekładzie autorki bloga.

***

Dwie gimnazjalistki, które wskoczyłyby w ogień za sobą: pierwsza (w osobie narratorki) pochodzi z przeciętnej rodziny, do tego ma mnóstwo kompleksów; druga natomiast to piękna nastolatka o urodzie niebezpiecznej niczym trujący bluszcz, która czerpie z życia pełnymi garściami. Ta druga to Ariane, młodziutka i gorąca dziewczyna, z którą narratorka buduje toksyczny związek na wyłączność, podsycany przez szykany i znęcanie się nad innymi. Ich wzajemna przyjaźń jest jednak niczym śmiertelna trucizna o spowolnionym działaniu.

Pierwsza powieść autorki o rywalizacji i opartej na sekretnych kodach przyjaźni na śmierć i życie.

Zabawa z przekładem #2. M. Leroy: Ariane

 

 

***

Kiedy miałam dwanaście lat, rodzice zapisali mnie do szkoły dla bogatych, w której uczyłam się przez dwa lata. Tam poznałam Ariane.

Nic mi nie pozostało po naszej znajomości, no prawie nic: trzy pomięte listy i ani jednego zdjęcia. Ariane umarła tuz przed tym, jak pojawiły się media społecznościowe. Żaden rezultat nie wyświetla się w Google, kiedy wpisuję do wyszukiwarki jej nazwisko.

Ariane żyła dwadzieścia lat i nigdzie nie ma o niej żadnej wzmianki. Moja pamięć powoli oczyszcza się ze wszystkich wspomnień, które jej dotyczą. Pewnego dnia, kiedy chciałam o niej porozmawiać, miałam w głowie zupełną pustkę.

Życzyłam jej, żeby umarła i z ulgą przyjęłam jej odejście. Jej śmierć mnie nie wzruszyła, ani też mną nie wstrząsnęła, nie wracała też we wspomnieniach, by mnie prześladować. To już koniec. Już po wszystkim.

Kiedyś miewałam często taki dziwny i podnoszący na duchu sen, w którym rodzice oznajmiają mi, że zostałam adoptowana. I nagle wszystko staje się jasne: otchłań między ich rozumowaniem a moim własnym, przepaść między nieatrakcyjnym ciałem, w którym dorastałam, a moją piękną i wysublimowaną duszą, nasze horrendalne awantury…

W powyższej tezie wszystko trzymało się kupy. Niestety, podważali ją główni zainteresowani, twierdząc, że jeśli się dobrze przyjrzeć, to z wyglądu przypominam ojca. I to wystarczało, żeby mnie dostatecznie złamać i pognębić, zwłaszcza że ojciec wyglądał okropnie z tym swoim cofniętym podbródkiem i nosem pokrytym egzemą.

Marzyłam o tym, by grane przeze mnie fałszywe akordy, które zakłócały harmonię rodzinnej symfonii, znalazły oficjalne poświadczenie w jakimś certyfikacie, etykietce lub pieczęci potwierdzającej, że nie jestem córką tych dwóch bezbarwnych i nudnych istot.

Moje życie potrzebowało ponadto swoistego wzmocnienia w postaci jakiejś prawdziwej tragedii, którą można byłoby wystawić na widok publiczny, a tym samym wzbudzić szacunek, sympatię, a nawet podziw u znajomych ze szkoły. Zazdrościłam innym dzieciakom z klasy: tym, co tracili rodziców i tym, co dostawali w domu lanie. Otaczała ich bowiem aura tajemniczej chwały i cierpienia, którego nikt nie odważyłby się zanegować.

Ja niestety byłam do znudzenia banalnym i bezbarwnym dzieckiem, które nie mogło się poszczycić najmniejszą nawet życiową katastrofą.

Zostałam wychowana w ascezie, którą można byłoby określić mianem protestanckiej, gdyby nie fakt, że moi rodzice byli gorliwymi katolikami. Z przekonania, jak w przypadku mojego ojca, który miał właśnie wstąpić do seminarium, gdy poznał moją matkę. I z obowiązku, jak matka, którą co prawda religia zawsze wkurzała, nie na tyle jednak, by kwestionować słuszność i zasadność jej podstaw. Mama była katoliczką, bo tego właśnie oczekiwało od niej w tamtych czasach jej środowisko, które nie tolerowało żadnych ekstrawagancji i dziwactw. W tym otoczeniu już samo noszenie skórzanej kurtki nieuchronnie prowadziło do zepchnięcia na margines wykluczenia. Moja matka nosiła więc okrągłe kołnierzyki typu bebe.

Moi rodzice byli dumni z tego, że nigdy nie byli częścią Pokolenia ‘68, nie brali też udziału w demonstracjach, nie dołączyli do żadnego ruchu antyrządowego, ani nie stanęli w obronie choćby najmniejszej słusznej idei. Ich życie podporządkowane było dążeniom, aby wywierać możliwie minimalny negatywny wpływ na egzystencję innych ludzi (a już zwłaszcza podmiotów władzy). Policja zawsze ma rację, podobnie jak nauczyciele i rząd. Należy być normalnym i podobnym do innych, by pasować do reszty grupy, a także wzorować się na tym, co „było od zawsze”. Pojęcie wolnej woli było obce moim rodziców, jak gdyby stanowiło ono element nie tyle fikcji, ale nawet science fiction. Oboje sprawiali wrażenie, jakby ich własne życie zostało od samego początku zaprogramowane przez jakiegoś informatyka w okularach. Skrupulatnie podążali więc za instrukcją obsługi zapisaną na dyskietce.

Rodzice pobrali się pod koniec lat siedemdziesiątych, kupili dom i zaczęli wspólne życie. A kiedy urodziły im się dzieci, w ich sercach zakiełkowała nadzieja, że i one będą równie tradycyjne i konserwatywne jak oni sami, w końcu reguły nie istnieją bez przyczyny.

Moja matka była wysoką kobietą, wysuszoną niczym morszczuk i sękatą jak wierzba. Zapewne przyszła na świat już wkurzona, o czym świadczyła głęboka zmarszczka na jej czole między brwiami. Ojciec z kolei usuwał się w cień i w zasadzie prawie wcale się nie odzywał, chyba tylko po to, by poinformować matkę, która jest godzina. Ta upierała się bowiem, by nie nosić zegarka, co miało podtrzymywać jej zależność od męża.

Mnie i mojej siostrze nie brakowało niczego poza zbytkiem. To, co nosiło jakiekolwiek znamiona przyjemności, było traktowane przez moich rodziców z pogardą graniczącą z obrzydzeniem: dlatego też słodycze i rozrywki były, jeśli nie zabronione, to przynajmniej racjonowane, a nasze podstawowe potrzeby zaspakajane w stopniu podstawowym. Nawet siusianie podlegało odpowiedniej reglamentacji: nie warto było więc marnować czasu na pojękiwanie rodzicom w czasie spaceru, czy możemy opróżnić pęcherz gdzieś za krzakiem. Nie, co to to nie! Co to za cyrki z tym ciągłym sikaniem: masz coś nie tak z nerkami? Nie, oczywiście że nie, miałam więc czekać i wyciągnąć z tego lekcję na przyszłość, bo na tym polega życie, by umieć wziąć się w garść.

Nigdy nie wyjeżdżaliśmy na wakacje, za wyjątkiem pobytów w starym, rozpadającym się domu moich dziadków od strony ojca. Była to rudera bez prądu i łazienki, zawalona dewocjonaliami, w jakiejś malej wiosce zabitej dechami, usytuowanej we Wschodnich Kantonach, gdzie wszędzie śmierdziało łajnem. Szczerze nienawidziliśmy tego miejsca.

Nigdy nie byliśmy w restauracji (według taty był to zwyczaj nowobogackich).

Nigdy nie dostaliśmy tez prezentów na Gwiazdkę (jak mawiała mama, święty Mikołaj jest dla Francuzów). Wiedliśmy życie jak z innej epoki, tej spod znaku wyrzeczeń i ubóstwa.

Bynajmniej nie byliśmy biedni. U nas po prostu nie wydawało się pieniędzy.

Moj ojciec był dyplomowanym księgowym, a mama po kursie maszynopisania, którego nigdy oficjalnie nie ukończyła, zajmowała się domem i nami. Oboje dobrowolnie wybrali karierę bez najmniejszej szansy na rozwój, ponad ambicje przedkładając bezpieczną stabilizację.

Słowo „emerytura” było przywoływane w naszym domu niczym wizja szczęścia. W tamtych czasach, gdy za dwadzieścia franków belgijskich można było kupić sto gramów cukierków, mnie i mojej siostrze często przypominano o naszym obowiązku: ciułaniu na przyszłą emeryturę.

O dziwo, moi rodzice uważali się za klasę średnią. Zwłaszcza zaś moja matka. Lubiła to określenie, które brzmiało dla mnie jak brzydkie słowo. Miała też zwyczaj powtarzać z pełną satysfakcji lubością: „Należymy do klasy średniej.”

Miało to taki sam efekt, jakby mówiła: „Jesteśmy nazistami.” Nie rozumiałam, na czym polega wyższość klasy średniej. Książki, które czytałam, tłumaczyły, że biedni ludzie są dobrzy a bogacze to dranie. Poza tym my nawet nie byliśmy zamożni, po co więc mieliśmy udawać, że jesteśmy skończonymi dupkami? To wszystko było moim zdaniem zupełnie bez sensu.

Nic w zasadzie nie wiedzieliśmy o portugalskich korzeniach mamy. Nie chciała rozmawiać w swoim ojczystym języku, który – jak twierdziła – całkiem już zapomniała. Jej ojciec prowadził kwiaciarnię, ale wolała mówić, że był „niezależnym przedsiębiorcą” (nie znosiła bowiem, jak zaliczano go do „handlarzy”, tych ostatnich bowiem zwyczajnie nie znosiła). Tata, syn listonosza, od dzieciństwa pasjonował się rowerami. W tajemnicy przed żoną, która uważała jego hobby za zbyt plebejskie, po kryjomu słuchał w radiu relacji z wyścigów Tour de France. Co prawda mama wykupiła mu członkostwo w klubie golfowym, ale ze względu na swoją krótkowzroczność ojciec tylko naraził się na śmieszność. Dla mamy odcięcie od prestiżu było niczym amputacja ręki, po której wciąż odczuwa się bóle fantomowe, uważała więc, że dzięki przebraniom, naśladownictwu i oportunizmowi w kontaktach z ludźmi, przywróci naszemu nazwisku należny mu splendor.

Siłą rzeczy, z biegiem lat zaczęłam wierzyć w tę historyjkę, że jesteśmy bogaci i wysoko urodzeni, i że z tego tytułu należał nam się szacunek. Tylko że ta historia mijała się z prawdą: w tak zwanych wyższych sferach nikt nie zwracał na nas uwagi, a kiedy już byli do tego zobligowani, ludzie ci zwracali się do moich rodziców niczym do podwładnych, mówiąc do nich prostym językiem, jak gdyby mieli przed sobą idiomów. Niemniej jednak elity należało lubić i utożsamiać się z nimi, a także nie obrażać się, kiedy ich przedstawiciele nas lekceważyli. Mieliśmy się tego trzymać i nie poddawać się.

Zabawa z przekładem #2. M. Leroy: Ariane

 

Zdjecia:

1.  Joshua K. Jackson

2.  Soroush Karimi

3. Josh Applegate

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl