Wrzesień: co zapamiętamy?

To był wrzesień inny niż wszystkie.

 

Wrzesień pod znakiem alpejskich gór.

Wrzesień o zapachu kropel żywicy zakrzepłej na korze świerka.

Wrzesień pod egidą krowich dzwonków i dramatycznych pieśni świerszczy.

Wrzesień jak dotyk ciepłej, lekko chropawej a jednocześnie przedziwnie jedwabistej skóry młodej jaszczurki, która łapie słońce na kamiennym mostku nad strumieniem.

Wrzesień, który przeleciał nam między palcami, gdy szukaliśmy naszego nowego domu we Francji.

Rok bez wakacji, za to w przededniu tego, co nowe, nieznane, ekscytujące i jednocześnie napełniające serca obawa.

Wrzesień pełen słodkich obietnic, a każda z nich lepsza od poprzedniej.

wrzesień

Tekst i zdjecia: Lena Bloor

Wrzesień jest pełen słońca, więc i humory nam dopisują. Lato w Anglii zachwyca tego roku jak nigdy wcześniej.

8 września pakujemy do samochodu walizkę, śpiwory i zapas prowiantu i ruszamy w drogę na południe Francji, ja i mój wtedy jeszcze nie mąż, ale przecież jakby już mąż. Ogarnia nas uczucie wolności, śpimy po drodze gdzieś na parkingach przy autostradzie, bierzemy prysznic na stacji benzynowej, moje nogi są ciężkie a oczy zapuchnięte, ale to nic. Mam to gdzieś.

I jest nam fajnie, beztrosko, tak szczęśliwie, a w głowach nam zielono i fiołki w nich kwitną, a razem z nimi nieskończoność planów na przyszłość.

Jesteśmy w Alpach, w okolicy Grenoble. Powtarzamy sobie, że życie jest piękne, a świat taki wielki i stoi przed nami otworem.  Jesteśmy tego świata ciekawi i z niecierpliwością pragniemy wszystkiego doświadczyć, wszystko zobaczyć i usłyszeć… To chyba nasze najbardziej oszczędne, całkiem low-cost wakacje, zadowalamy się małymi porcjami szczęścia, cieszymy się sobą i tym, co mamy na wyciagnięcie ręki. Niby tak mało, a zarazem tak wiele…

Wrzesień zapamiętamy za miłość, radość i wolność. W pamięci pozostaną nam piękne krajobrazy Francji i ich różnorodność, i ta słodka, leniwa powolność letnich dni wakacji, miasteczka u stóp Alp i nieruchoma potęga gór oraz niewzruszony spokój kolumn świerkowych lasów. Czas, który na chwilę stanął w miejscu… Gościnność Francuzów i jeszcze jedna niespodziewana propozycja pracy.

wrzesień

Wracamy w miejsce, które odkryliśmy przez przypadek podczas naszej majowej wyprawy: Masyw Belledonne w Alpach Delfinackich. Wymarzony dom w górach z widokiem na otaczającą nas ze wszystkich stron soczystą zieleń, z dala od wielkiego miasta, wciąż jest do wzięcia. Veni, vidi, amavi. On będzie nasz, powtarzamy.

Natura urzeka tu swoim dzikim i groźnym pięknem, a kawa z termosu smakuje jeszcze lepiej, gdy się ją pije we dwoje. Zostawić Anglię na zawsze za sobą i zacząć wszystko na nowo we Francji jeszcze przed nadejściem zimy, zanim śnieg pokryje szczyty grubą puchową warstwą śniegu.

Proste życie, proste przyjemności, prosta droga do szczęścia. Esencja i powściągliwość.

Codzienność na zwolnionych obrotach. W cieple naszej miłości, gdy się w siebie wtulamy, tylko my i długo, długo nic.

Wdech i wydech.

Tydzień wystarcza, by wywrócić do góry nogami nasze dotychczasowe priorytety.

Zmęczenie, lęk, stres. Ten dom będzie nasz, powtarzamy pełni nadziei w sercach.

wrzesień

A potem przychodzi TEN dzień. NASZ dzień. 24 września.

Oślepiający strumień światła ostatnich pogodnych dni września.

Młoda to ja – już wcale nie taka młoda. Młody to on – widzę go w garniturze pierwszy raz w tym roku i zapewne ostatni.

Młoda jest naturalna, taka skromna i mało weselna. Za to wzruszona, przejęta i taka promienna.

W sukience do kolan jak żywcem ze ślubnych zdjęć swojej mamy, z jednym kwiatem w kasztanowych falach włosów. W pożyczonych od koleżanki pudrowych sandałkach na obcasie. Z pierścionkiem za dziesięć funtów, bo innego przecież nie trzeba. Z jesiennym bukietem w dłoni. Ten bukiet młoda zasuszy potem na wieczna pamiątkę.

Tylko my i świadkowie. Tak zwyczajnie, tak prosto, tak po prostu.

 

Innego ślubu nie będzie. Dziś jest NASZ czas i nasz moment. Uświęcenie codzienności.  Celebracja miłości. Spróbuj nie chcieć jej wcale, wtedy przyjdzie sama.*

A młody uśmiecha się do mnie i porozumiewawczo mruga okiem jak kot, którego rozpieszcza życie.

Długo i szczęśliwie.

 

Wszystko tak będzie, jak ma być.*

 

(* ks. Twardowski)

Wrzesień… brzmi jak idea nieuchronnej egzystencjalnej ucieczki i oderwania od tego, co wczorajsze // Wrześniu, nie lubię cię, bo jesteś miesiącem powrotów, nowego roku szkolnego, ostatnich dni lata, zmierzchu, który zapada o coraz wcześniejszej porze, i słonecznego światła, które wydaje się zmienione, jakby inne, przygaszone, przekwitłe. // Nie lubię cię, wrześniu, bo przynosisz ze sobą pierwszy przeszywający chłód poranków, choć dni są wciąż jeszcze ciepłe i rozświetlone // Kilka dni wytchnienia, nim rozpocznie się nowy rok: pełen komplikacji i wyzwań na wszystkich frontach // Nowe życie, nowy kraj, nowa praca // Zatrzymać lato zamknięte w rozkosznym smaku ulubionych leśnych owoców // Niespodziana niespodzianka, choć nie tak do końca, bo przecież po cichu czekałam, aż przyjdzie // Rzeczy i ludzie: lubię ich niedoskonałość, pokrytą patyną czasu skórę-powierzchnię, ich uszkodzoną, nadłamaną, wysłużoną przez życie strukturę, duszę, charakter. Przypominają mnie samą // Nocą wdychać spokój i ciszę // Cud, który się w końcu zdarza // Łapać ostatnie promienie słońca niczym wodę ze strumienia przeciekającą przez palce i pić je bez wytchnienia aż do ostatniej kropli // Deus ex machina // Rzucać wyzwanie losowi, porywając się z motyką na słońce… i zwyciężać // Ekwinokcja i tym podobne cuda // W rytmie serca, co nie przestaje bić // Kojąca pełnia księżyca // Baśń o dwóch połówkach, co się w końcu ze sobą połączyły // Poetyckie spojrzenie na świat // W i na walizkach // Porwij mnie ze sobą.. // Jeszcze nie, pająku…

wrzesień

Czy Tobie także tegoroczny wrzesień pozostanie w pamięci z jakichś szczególnych powodów?

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl