“To słowa, nie zdjęcia uruchamiają moją pamięć”

Przeraźliwa cisza południa. Rolety opuszczone, miasto śpi, domy też, pod tynkiem unosi się i opada zwolniony oddech kamieni. Pod bramą dwa czarne krzesła, jak trumny oparte u stolarza pod ścianą. Ulice są puste, tylko na murkach śpią koty. Dotknięte ręką otwierają oczy, w których – jak na zatrzymanych zegarach – zapisane jest nieruchomo południe wąską wskazówką źrenicy.”*

Saumur Francja

Tekst i zdjecia: Lena Bloor

Tuf i tamaryszek

Francja mnie ujęła, oczarowała, rozpaliła do białości, obudziła wszystkie uśpione i rozleniwione zmysły. Co mi dała tamtego lata? Nie tylko nieskazitelny błękit nieba i kremowy odcień kamienia zwanego tufem – tego samego, który służył zarówno niegdyś, jak i teraz, za powszechny budulec nie tylko tutejszych kamienic z wysokimi oknami i drewnianymi okiennicami w kolorze gołębim, lecz także przepysznych zamków, z których słynie dolina Loary.

Francja dała mi znacznie więcej, niż spodziewałam się otrzymać.

Saumur Francja

Rozglądam się wokół. W górze świergoczą rozpędzone gromady jerzyków. Pod stopami pobłyskują „wirującym słońcem z płynnej siarki” kocie łby, którymi swego czasu wybrukowano ulice francuskich miast i mieścinek. Ponad dachami Saumur płynie szerokim strumieniem pęknięty i jakby rozszlochany głos kościelnych zegarów, co wybijając kwadranse i godziny, w te upalne letnie popołudnia wciąż przypomina nam – zwykłym śmiertelnikom, że wszystko przemija, a „puste godziny, nic nieznaczące zdarzenia, oglupiający banał codzienności” to nic innego jak królestwo zastygłej w otępiającym bezruchu Acedii (Lenistwa) z okrągłego stołu Boscha. Cave, cave! Deus videt! (Strzeż się, strzeż się, Bóg cię widzi!), zdają się więc wołać uparte dzwony.

I w tej ciszy, przerywanej tylko natrętnym brzęczeniem much i trzepotem skrzydeł przestraszonego gołębia, zdaje mi się, że jedynym ruchomym elementem krajobrazu, który potwierdza, że świat nigdy nie stoi w miejscu, są pierzaste obłoki, przesuwające się z wolna po niebie niczym wprawione w ruch teatralne dekoracje. Nawet dłoń ojca z kieliszkiem wina zastygła bez ruchu. Znad gazety widzę tylko jego błękitne, spłowiałe już oczy, które przesuwają się po linijce tekstu niczym palce wzdłuż paciorków różańca.

Saumur Francja

Z oddali do moich uszu dolatują niezrozumiałe, bo zlewające się niemalże w jednolitą i monotonną całość głosy huczące coś z entuzjazmem do megafonu całkiem jak rewolucjoniści nawołujący lud na barykady. W górze warkocze jednostajnie samolocik, więc oczami wyobraźni widzę pomykający po nieboskłonie dwupłatowiec z pilotem, który obwiązał szyję pasiastym szalikiem. Szalik furkocze na wietrze, a samolot szybuje gdzieś beztrosko w przestworzach, z lekkością kręcąc w powietrzu niebezpieczne akrobacje.

Pies, co leży w cieniu pod ławką, strzyże uszami, czujnie podnosząc głowę w stronę stłumionych hałasów dobiegających gdzieś z ulicy. I już nie wiadomo, czy tak mu gorąco, że całkiem opadł z sil na chłodnych kamieniach tarasu, czy też dopadła go wszechogarniająca lipcowa gnuśność. Znużenie popołudniem, słońcem, obiadem na świeżym powietrzu, na skapanym w świetle podwórku z czterech stron otoczonym murem z jasnego,  kremowobiałego tufu lub wapienia. W kącie podwórka dumnie spoglądają na mnie delikatne róże posadzone w przysadzistej ceramicznej donicy. Kształtem i barwą przypominają nieco delikatne, pastelowe, niemalże ażurowe francuskie ciasteczka, puchate różane babeczki i kremowe czekoladki, rozłożone apetycznie na wystawie u cukiernika. Kusi mnie, by sprawdzić, czy na jednej z gałązek nie znajdę etykietki z misternie wykaligrafowanym napisem Zjedz mnie.

Saumur Francja

Gdzieniegdzie rozpaloną płytą chodnika przemknie wydłużona i smukła niczym wieczorny cień sylwetka pręgowanego kota, co z gracją linoskoczka niedbale i jakby od niechcenia wskakuje jednym, matematycznie precyzyjnym i sprężystym susem na murek okalający “mały jak sadzawka bukszpanowy ogród”. Prześlizgując się zwinnie między pordzewiałymi prętami ogrodzenia, znika bezszelestnie w rozświetlonej słonecznymi plamami zielonej otchłani liści, poganiany gniewnymi okrzykami przepłoszonych wróbli, którym niespodziewanie przerwał zasłużoną popołudniową sjestę.

Przeciągam się z lubością na leżaku w półcieniu ażurowych wachlarzy Monstery deliciosy zasadzonej w grubej, chłodnej w dotyku donicy o chropowatych brzegach. Pomiędzy drobniutkim białym grysem rozsypanym wokół ozdobnej sadzawki przemykają w pośpiechu mrówki, nie zważając na porę dnia i wszechobecną wokół sjestę, podążając sobie tylko znanymi ścieżkami. Zastanawiam się, czy im także – jak i mnie – dzisiaj wszystko jedno, dokąd zmierzają i w jakim celu.

Saumur Francja

W różowawej poświacie odchodzącego dnia pióra samiczki kosa, co przycupnęła na cynowym daszku, przybierają ni to złotej, ni to miodowej poświaty, całkiem jak skrzydła aniołów na freskach Giotta. W początkach lipca, o ósmej wieczorem świetlista kula słońca zdaje się niemal niezauważalnie i jakby od niechcenia opadać ku linii horyzontu.

Niestrudzony w swej cierpliwości gołąb leśny z białą koloratką pod szyją, jak niezmordowany poszukiwacz skarbów w tę i we w tę przemierza drobnymi kroczkami na wpół wyschłą i przygaszoną płachtę równo przystrzyżonego trawnika, z nadzieją na kilka smakowitych ziaren rozsypanych wokół karmnika przez niedbałe sikorki. W zielonym gąszczu gałęzi wiśniowego drzewka dostrzec można tu i owdzie przywiędłe już, usiane siatką złotych zmarszczek liście, jak plamy na pożółkłej ze starości tapecie. Jesień to już? Czy to tylko spiekota bezchmurnego dotąd lata, co bezlitośnie smaga złocistym biczem nieszczęśników, którym nie było dane w porę dostąpić wytchnienia w ukojnym cieniu?

Saumur Francja

Znad Loary płynie, niesiony wartkim strumieniem rzeki, ulotny i nieskończenie hipnotyzujący zapach lata: koktajl ze świeżo skoszonej trawy, śliskich i błyszczących wodorostów, polnych kwiatów i ziół, wiotkich słupków trzciny, zdziczałej winorośli i ciepłego mułu. Zapach niedookreślony, co stanowi jakby mozaikę wiszących w powietrzu składników, a przecież rozpoznawalny w mgnieniu chwili.

W świetlistej, przetykanej złotem poświacie drobne insekty krążą w powietrznym tańcu niczym ulotne sylfidy, a między monotonne pomruki codziennego życia Saumur wkrada się melodyjne brzęczenie pszczół i trzmieli obsypanych pudrowym pyłkiem. Nad łąką wirują wielkookie ważki o błonkowatych skrzydłach poprzecinanych delikatnym rysunkiem żyłek. Pod rozświetloną kopułą nieba swoją grą hipnotyzują świerszcze. Po drugiej stronie rzeki, tuż za zasuniętą kurtyną drewnianych okiennic, miasto oddycha parnym, iście południowym powietrzem.

Srebrną nicią skrzy się i migocze gęsta koronka pajęczyny w oknie.

Poddaję sie magii miejsca i chwili.

 

 

* Z. Herbert

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl