Te koszmarne francuskie szpitale. Jak naprawdę wygląda praca we Francji?

Paryż 2015 – uznany lekarz i profesor wyskakuje z siódmego piętra szpitala Georges-Pompidou. Grenoble 2017 – młody neurochirurg popełnia samobójstwo na bloku operacyjnym szpitala CHU Grenoble Alpes. Strasburg 2018 – kolejne samobójstwo, tym razem młoda onkolożka. Potem znów Grenoble – tym razem pielęgniarka. Jedna śmierć za druga: lekarze, rezydenci, pielęgniarki, personel szpitalny… Przykłady można mnożyć, wystarczy wpisać do wyszukiwarki hasło „samobójstwa personelu szpitalnego we Francji”.

francuskie szpitale

Chcesz wiedzieć, jak to naprawdę wygląda?

Ta lista nie ma końca. Czego tu nie ma? Jest i mobbing, wyzwiska, przemoc werbalna i psychologiczna, a nawet fizyczna. Typowa blame culture (zwalanie winy na innych). Zastraszanie. Podkładanie świni kolegom. Ksenofobiczne lub rasistowskie wręcz komentarze. Sarkazm. Ponaglanie. Pokrzykiwanie. Zniecierpliwienie. Brak szacunku lekarzy dla pielęgniarek. Seksizm i mansplaining to norma.

Profesorzy, którzy pomiatają swoimi rezydentami. Rezydenci, którzy odgrywają się na pielęgniarkach. „Stare” piguły wyżywają się na młodych. Pielęgniarki, które się żrą między sobą i niemal skaczą sobie do gardeł o byle co. Salowi, którzy urządzają sobie mecz piłki nożnej na korytarzu bloku (tak, tak, to naprawdę miało miejsce!). Ot, codzienna rzeczywistość na bloku operacyjnym w największym szpitalu w tym regionie.

Dodajmy do tego koszmarny styl komunikacji, a raczej jej brak. Organizacyjny chaos. Przestarzały lub ciągle psujący się sprzęt. Albo jego braki: wyposażenie krąży wiec z jednego bloku na drugi w ramach wzajemnych pożyczek. Działająca aparatura jest często źle przechowywana albo niewłaściwie użytkowana na zasadzie: ot, niczyje, więc można jebnąć gdzieś byle jak, uszkodzić, poskręcać kable, rzucić gdzieś w kat albo na półkę, broń Boże nie w to samo miejsce, żeby łatwiej było znaleźć. Byle jak, byle było.

No właśnie, gdybym miała określić to jednym słowem, byłoby to właśnie bylejakość. Niskie standardy, niedouczenie, przestarzałe i niebezpieczne procedury, beztroskie i raczej „lekkie” podejście do zasad higieny i bezpieczeństwa, chaos organizacyjny, a sam pacjent gdzieś na szarym końcu. Plus chroniczny brak personelu, niedofinansowanie i oderwani od rzeczywistości decydenci. Nic dodac, nic ujac.

Do tego wszystkiego anachroniczny – jakby rodem z XIX wieku, sztywny, oparty na hierarchii styl zarzadzania, gdzie szefem (oddziału, bloku operacyjnego czy innego departamentu) zawsze będzie lekarz. Najlepiej mężczyzna i do tego z licznymi tytułami: im więcej ich, tym bardziej otoczenie przekonane jest, że sprawdzi się jako kompetentny szef i menedżer. Bzdura.

Na co dzień widzę zmęczone, zabiegane, przeładowane pracą i czasami zwyczajnie mające wszystkiego dosyć dziewczyny, które sytuacja zaczyna po prostu chwilami przerastać. Nie dziwi więc ciągła rotacja personelu: na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy pracują tu dłużej niż pięć lat.

Na stronie internetowej szpitala oferty pracy, których nikt nie chce podjąć. Pielęgniarki bez żadnego doświadczenia na bloku, zatrudniane jako instrumentariuszki. Brak sensownych kursów (czy to online, czy szkoleń praktycznych), brak wsparcia i szkoleń wprowadzających (induction) dla nowo zatrudnionych, brak perspektyw na dalszy rozwój kariery. Mizerna pensja.

Dziewczyny ryczą w pracy, ale żadna się nie postawi, żadna nie nie piśnie nawet słówkiem, żadna ostentacyjnie nie wyjdzie z sali operacyjnej, zostawiając operującego chama, żeby sam się obsłużył. Żadna z nich nie chciała, by temat mobbingu został poruszony na radzie bloku operacyjnego. „Tak już jest i musimy się z tym pogodzić.” Co niektóre już planują odejść. Inne zostaną, ale za jaka cenę? Nie postawi się również nasza bezpośrednia szefowa, dla niej to też norma. Gdyby mogła, powiedziałaby: „Man up, girls i przestańcie się mazać, histeryczki”.

Od niej też usłyszałyśmy za to ostatnio, że jak „się komuś to nie podoba, to może odejść. Tutaj już tak jest i tego się nie zmieni.” „Oni już tacy są”, to o chirurgach. „Profesor X ma depresję, bo się rozwiódł, dlatego tak się zachowuje”. „Ona jest taka zestresowana”, to o chirurżce, która śmiało mogłaby wystartować w konkursie na największą bitch roku. Ba, są nawet tacy, którzy znajdą wytłumaczenie i alibi dla mobbingu! Albo próbują załagodzić sytuacje, mówiąc, że wspomniani chirurdzy to przecież tacy mili ludzie w prywatnym życiu, poza szpitalem! Ot, po prostu biedne, niezrozumiane misie!

francuskie szpitale

Francuski szpital? Nigdy w życiu

Jestem zła, a nawet wkurwiona: zła, bo przyjechałam tu nie po jakąś lepszą świetlaną przyszłość czy świetne zarobki. Przyjechałam do Francji, bo tak chciałam, z własnej woli. Bo lubię ten kraj, jego kulturę, język i styl życia. Byłam więc gotowa poświęcić moja udaną i dobrze rozwijającą się karierę w Anglii i zarobki po to, by spróbować tu czegoś innego, w tak pięknym zakątku ziemi, jakim są Alpy. By móc cieszyć się naturą, zimową aurą, śniegiem i jazdą na nartach. A tu dupa.

Wracamy więc do Anglii pod koniec tego miesiąca: ja z ulgą, mąż z żalem, bo jemu tu dobrze, zwłaszcza że może pracować zdalnie, nie wychodząc z domu z pięknym widokiem na góry. Ale mnie jest tu źle. Jestem głęboko rozczarowana, a nawet zaszokowana, pracą we francuskiej służbie zdrowia. Nie dziwi mnie, że praktycznie nie ma tu żadnych pielęgniarek z innych europejskich krajów. Czasami mam wrażenie, że pracuję nie w cywilizowanym, wysoko rozwiniętym kraju Unii, ale gdzieś w jakimś bantustanie na krańcach Trzeciego Świata!

Nie mogę uwierzyć, jak bardzo różnią się standardy w zakresie opieki zdrowotnej, organizacji i systemu pracy na bloku operacyjnym, a także same warunki pracy, kiedy porównuję Francję do Wielkiej Brytanii. Na korzyść tej ostatniej.

Nie ma we mnie przyzwolenia na mobbing, bylejakość, niskie standardy higieny i bezpieczeństwa, na przestarzałe procedury, a przede wszystkim na porażający brak szacunku i uznania za pracę, którą wykonuję. Nie zgadzam się również na to, by mój pacjent był traktowany jak przedmiot, który zawadza albo jak kolejny numer na liście do odhaczenia. Byle szybciej, byle było, byle się go pozbyć.

francuskie szpitale

Co mnie najbardziej wkurza i szokuje?

  • Szorstkość personelu w obejściu z pacjentami

Nieposzanowanie ich prywatności czy godności osobistej. Pacjenci trafiają na blok operacyjny, po czym zostawia się ich na korytarzu (na lóżkach bądź fotelach): niektórzy spędzają tak prawie godzinę. Mija się ich tak, jakby byli częścią szpitalnego wyposażenia. Dla porównania: w UK pacjentowi zawsze towarzyszy pielęgniarka bądź jej asystentka. To jej obowiązkiem jest również przekazanie ekipie anestezjologicznej odpowiednich informacji i dokumentów pacjenta. W żadnym wypadku nie zostawia się pacjentów samych.

W tutejszym francuskim szpitalu zdarza się, że pacjent trafia na blok bez właściwych dokumentów czy bez podpisanej zgody na operację! Do tego na zdezelowanym najczęściej łóżku, pamietającym pewniej jeszcze czasy prezydentury Mitterranda, bez poduszki i w jednorazowej koszuli, tak jakby szpital nie stać było na to, by zapewnić chorym choćby minimum komfortu.

  • I tu znow: nieodpowiednie traktowanie chorych, chyba jeden z najwiekszych grzechow sluzby zdrowia 

Wkurza mnie chociażby sposób, w jaki pacjenci budzeni są z narkozy: najczęściej poprzez potrząsanie, poszturchiwanie i głośne krzyki nad uchem, jak gdyby miało to sprawdzić, że szybciej wrócą do rzeczywistości. W Anglii pracowałam z ekipa neuroanestezjologów (zarówno w szpitalu publicznym, jak i prywatnym): pamiętam, z jaką troska, szacunkiem i zaangażowaniem traktowali swoich pacjentów, jak delikatnie i cierpliwie wybudzali ich po zabiegu, bez ponaglania, bez podnoszenia głosu, a przy tym jednocześnie szybko i skutecznie.

We Francji przypada jeden anestezjolog na dwie sale. Do pomocy ma pielęgniarkę anestezjologiczną, która może samodzielnie – choć pod nadzorem lekarza – usypiać pacjenta, czuwać nad przebiegiem anestezji w trakcie operacji, a później dokonywać ekstubacji. I choć każda z nich ma dyplom magisterski, to mimo wszystko trudno nie zauważyć, że brakuje im zarówno wiedzy, jak i doświadczenia lekarza anestezjologa z ukończoną specjalizacją. Wybudzanie pacjentów zajmuje im wiec nieraz pół godziny, jak nie więcej, co wywołuje napady złości u co poniektórych chirurgów. Miałam tez okazje zaobserwować, jak wokół wciąż uśpionego pacjenta stanęły pielęgniarki z ekipy i rzucały komentarzami w rodzaju: „Dalej, k…, budź się, bo następny już czeka”.

  • Beztroskie podejście do zasad higieny i bezpieczeństwa na bloku operacyjnym

W dużym skrócie wygląda to tak: nie ma krótkiego zebrania (team brief) przed rozpoczęciem listy zabiegów, co znacznie ułatwia pracę całej ekipie. Prosta i uniwersalna lista, której zadaniem jest sprawdzenie bezpieczeństwa każdego chorego w okresie okołooperacyjnym (WHO surgical checklist) traktowana jest jak coś w rodzaju zbędnych fanaberii. Albo się ja pomija, albo robi po łebkach, byle jak, i mało kto zwraca uwagę na jej przebieg.

Druga sprawa: liczenie gazików, przedmiotów ostrych (igieł etc.) i instrumentów przed i po zabiegu operacyjnym, które obowiązuje we wszystkich szpitalach w UK, tutaj również traktowane jest po macoszemu. Tylko przy niektórych zabiegach liczy się gaziki, ale sama metoda pozostawia naprawdę wiele do życzenia i jest źródłem wielu pomyłek. Instrumentów i przedmiotów ostrych nie liczy się natomiast w ogóle, choć zdecydowanie łatwiej jest zostawić w obrębie rany małą igłę niż duży gazik, nie wspominając już o instrumentach chirurgicznych.

  • I trzecia wreszcie:

Przestarzale są z kolei metody dekontaminacji i aseptyki skóry pacjenta przed zabiegiem: mam tu na myśli nie tylko technikę, ale i stosowane produkty. Szokuje również segregacja odpadów na bloku operacyjnym: w tych samych workach lądują puste opakowania, jak i odpady medyczne, jak np. zużyte materiały opatrunkowe zanieczyszczone krwią i potencjalnie zainfekowane, ludzkie tkanki czy nawet części ciała, produkty chemiczne, zużyty sprzęt jednorazowego użytku czy pozostałości leków! Te odpady w żadnym wypadku nie powinny znaleźć się na zwykłym wysypisku śmieci!

  • Przestarzałe, już dawno nie stosowane, bo niebezpieczne, techniki obracania, przemieszczania i podnoszenia chorych przed, po i w trakcie operacji

Na bloku dostępna jest deska ślizgowa do transferu chorych z łóżka na stol operacyjny, ale już mat ślizgowych nie uświadczysz! Personel na bloku – w tym lekarze – nie wie, jak prawidłowo używać deski tak, aby nie zrobić choremu krzywdy, nie spowodować uszkodzeń skory, ścięgien lub mięśni.

Pacjentom świeżo wybudzonym z narkozy albo każe się przeczołgać ze stołu na łóżko, albo się ich po prostu brzydko przepycha lub przeciąga, używając przy tym chwytów, które dawno już wyszły z użycia!

  • Sprząta się sale byle jak, byle było i na szybko

A potem raz na jakiś czas przychodzą na kontrolę panie z działu higieny szpitalnej i wychodzi na jaw, że jest po prostu brudno, w kątach zalega kurz, na sprzęcie i aparaturze są niedomyte, zaschnięte plamy krwi, a ścian, oświetlenia i wentylacji nikt nie ruszał od miesięcy. Nie chce mi się wierzyć, że w takich warunkach operuje się dzisiaj chorych ludzi!

Zresztą personel sprzątający to chyba przypadkowi ludzie ściągnięci z łapanki: najczęściej leniwi młodzieńcy bez ambicji, którzy sprawiają wrażenie, jakby umieszczono ich tam za karę.

  • Nieprzeszkolony personel

Pielęgniarki, którym bardziej doświadczone koleżanki pokazują, jak obsługiwać przenośne urządzenie RTG, wykonują przeswietlenia na polecenie chirurgów, często nie mając najmniejszego pojęcia, do czego służą poszczególne przyciski i jak prawidłowo operować maszyną. Bywa i tak, że nie mają czasu, by założyć fartuchy chroniące przed napromieniowaniem. Na bloku nie ma ani jednego technika elektroradiologii!

Nie ma również żadnych formalnych szkoleń w zakresie obsługi innych urządzeń, jak np. chirurgiczny mikroskop, laser, aparat do diatermii, systemy nawigacji chirurgicznej, wiertarki czy piły chirurgiczne itp. Poczatkujące pielęgniarki uczą się pewnych podstaw po prostu od koleżanek. Byłam świadkiem tego, jak żadna z dziewczyn nie znała instrukcji obsługi jakiegoś urządzenia, więc wezwały kogoś z innego bloku, kto akurat miał to zapisane w notesie.

francuskie szpitale

Ostatnia sprawa to umowa o pracę. W sektorze publicznym obowiązują dość ścisłe i skomplikowane reguły zatrudnienia personelu. Zazwyczaj stosuje się takie chwyty, by potencjalnemu pracownikowi zaoferować jak najmniej, ale wycisnąć z niego w zamian tyle, ile się da. I tak oto zostajesz z trzymiesięczną umową, którą w zasadzie można przedłużać w nieskończoność pod pretekstem, że zastępuje się kogoś, kto akurat jest urlopie macierzyńskim lub zdrowotnym.  O tym, czy 3-miesięczna umowa zostanie łaskawie przedłużona o kolejne trzy miesiące, delikwent dowiaduje się na tydzień przed wygaśnięciem kontraktu.

Przy odrobinie szczęścia można zostać tzw. stażystą (stagiaire): wówczas obowiązuje roczna umowa, a po jej zakończeniu zostaje się (lub nie) tzw. titulaire, z umową na czas nieokreślony. Nie chcę mówić, jak bardzo komplikuje to życie i jak w zasadzie uniemożliwia kobietom podjęcie jakichkolwiek decyzji o macierzyństwie

W Anglii sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej: w mojej ostatniej pracy okres próbny trwał co prawda trzy miesiące, normą natomiast jest umowa na czas nieokreślony, plus całkiem niezły pakiet socjalny dla pracowników. Między innymi z tych względów postanowiłam wrócić do Anglii i podjąć na nowo moją dawna pracę.

Jako wyszkolony, wykształcony i doświadczony pracownik oferuję mój czas, moje umiejętności, stałe doskonaloną wiedzę i doświadczenie. Od pracodawcy oczekuję między innymi tego, by zapewnił mi warunki pracy wolne od mobbingu, molestowania, wyzwisk i organizacyjnego chaosu. Oczekuję tego, by moi przełożeni byli kompetentni, zaangażowani, posiadali kluczowe umiejętności lidera i kompetencje komunikacyjne. A także, by w sytuacji konfliktu umieli stanąć po stronie swojego zespołu i jego członków.

Nie zgadzam się na poniżające, pełne pogardy traktowanie ze strony lekarzy, innych pielęgniarek czy kogokolwiek innego z personelu szpitala. Jestem szczęściarą: bo mogę tę pracę po prostu rzucić, trzasnąć drzwiami i wrócić do Anglii. Inni takich możliwości nie mają.

Ale dopóki będzie istniała milcząca zgoda na podobne praktyki, dopóki będzie się chować głowę w piasek i udawać, że inaczej się nie da, nic się nie zmieni na lepsze.

Ja cudzych wojen rozgrywać jednak nie zamierzam. A już tym bardziej nie w imieniu tych, którym na zmianach i poprawie sytuacji wcale nie zależy. Ludzi, ktorzy nie tylko pozwalaja soba pomiatac, ale i w odwecie pomiataja innymi. Chcesz być tchorzem i amebą, proszę bardzo, ale nie moim kosztem. Grow a spine, man! 

 

 

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl