Zabawa z przekładem #4 S. Ministru: Nauka czytania

Ojciec, syn i ten trzeci.

Sébastien Ministru: Apprendre à lire (Nauka czytania)

Pierwsza powieść (wyd. Grasset, styczeń 2018)

Przekład fragmentu: autorka bloga

 

Antoine, szef redakcji, od trzydziestu lat żyje ze swoim partnerem Alexem, wziętym artystą malarzem. Pierwsze wyrzuty sumienia dopadają go, gdy dobiega sześćdziesiątki. Zaniepokojony upływem czasu, Antoine odnawia kontakty z dawno niewidzianym ojcem, owdowiałym emigrantem z Sardynii mieszkającym w Brukseli. Antoine, pragnąc żyć po swojemu własnym życiem, przez całe lata zaniedbywał relacje z ojcem, człowiekiem szorstkim w obyciu i gburowatym, który w dodatku nie potrafi czytać ani pisać.

W skromnym domu, gdzie unosi się zapach bezbarwnej i naznaczonej niepewnością egzystencji, ojciec zgadza się na wizyty syna, ale pod jednym warunkiem: Antoine nauczy go czytać. Jest to rzeczywiście niezwyczajna prośba. Co tak naprawdę chciałby bowiem przeczytać człowiek, który wkrótce ma umrzeć?

Zagubiony i skołowany Antoine przez przypadek znajduje jednak nieoczekiwanego nauczyciela: jest nim młody mężczyzna trudniący się prostytucją. Wzajemne relacje przeradzają się wkrótce w najdziwniejszy trójkąt miłosny, jakiego dotąd nie znała literatura: ojciec, syn i młody kochanek. 

 

Zabawa z przekładem #4 S. Ministru: Nauka czytania

 

 

***

 

Nie jestem przystojny, ale nie jestem też brzydki. Raz tylko naprawdę się przeraziłem, kiedy spoglądając na swoje odbicie w lustrze, dla zabawy zakryłem dłonią usta. Patrząc sobie prosto w oczy, pomyślałem nagle, że widzę w lustrze własnego ojca. Miałem wtedy jakieś osiemnaście lub dziewiętnaście lat. Od tamtej pory nauczyłem się żyć z tą głową – niczym zdjętą z barków mojego ojca. On przynajmniej, choć sam ani przystojny, ani brzydki, miał w sobie jakiś wdzięk, którego mnie brakowało.

Z wielu powodów robiłem wszystko co tylko możliwe, by oddalić się od ojca. Mimo to nawet teraz – w wieku sześćdziesięciu lat – wciąż powtarzam sobie, że nie uda mi się wymknąć spod jego kurateli, tak jakby był przykuty do mnie kajdankami. Nie mogę od niego uciec, a częste wizyty u ojca, kiedy tylko moja praca mi na to pozwala, świadczą o obopólnym zbliżeniu, które należałoby raczej określać mianem pojednania. Kiedy tylko mogę, wpadam do niego, aby sprawdzić, czy niczego mu nie brakuje i czy posłuchał mojej prośby, aby nie zbliżać się do kuchenki gazowej. Ostatnio zostawił bowiem na gazie rondel z mlekiem, który się w połowie przypalił, a sam zasnął przed telewizorem. W wieku osiemdziesięciu trzech lat mój ojciec wciąż jest w pełni władz umysłowych, ale z racji podeszłego wieku potrafi w mgnieniu oka zasnąć. Po tym zdarzeniu urządziłem mu pogadankę o niebezpieczeństwie pożaru, jakie niesie za sobą gaz i otwarty ogień pozostawiony bez nadzoru, na co on tylko machnął ręką i odparł, że wie, co robi, i że jeśli zasnął, to nie jego wina, tylko tego dziennikarza z TV, co tak przedstawia informacje, jak gdyby czytał wypominki za zmarłych.

Choć przez te wszystkie lata ledwo interesował się tym, co robię na co dzień, mój ojciec żywo pasjonował się sytuacją na świecie, czerpiąc przy tym ogromną przyjemność z krytykowania sposobu, w jaki telewizja ją przedstawia. Żaden człowiek pracujący w mediach, a już zwłaszcza ja, nie znajdował sympatii w jego oczach. Ojciec uważał, że dziennikarze są hipokrytami, którzy myślą jedno, robią drugie, a mówią trzecie. Kiedyś tłumaczyłem mu, że praca prezentera telewizyjnych wiadomości nie polega na tym, aby wierzyć w to, co się mówi, na co on odpowiedział, że tylko ludzie pozbawieni poczucia własnej godności czynią z kłamstwa swój zawód. Najwyraźniej nadal korzystał z kuchenki gazowej, nawet nie pytając mnie o pozwolenie. Lata gotowania w maleńkiej kuchni bez żadnego systemu wentylacyjnego wyrządziły jednak wiele szkód, skutkiem czego wszystkie meble i kuchenne przybory pokryte były cienką warstwą tłuszczu.

Zabawa z przekładem #4 S. Ministru: Nauka czytania

Podobna warstwa pokrywała nasze życie od śmierci matki, którą niespodziewanie – z dnia na dzień – pokonała choroba serca, z jaką zmagała się od dzieciństwa. Dysfunkcja zastawki aortalnej – zwężenie ujścia zastawki – wymagała dwóch operacji chirurgicznych z otwarciem klatki piersiowej, które zostawiły na jej ciele długie różowe blizny: jedną na linii mostka, a drugą wokół lewej piersi. Choć w tamtych czasach kardiochirurgia nie była tak rozwinięta jak dzisiaj, to druga operacja polegała na tym, aby w sercu matki umieścić mechaniczny implant mogący zastąpić pracę wadliwej zastawki.

Byłem zaskoczony śmiercią mojej matki. Nawet dziś obwiniam ją za to, że przyspieszyła bieg rzeczy, pozostawiając mnie pod opieką zrozpaczonego i bezradnego ojca, który choć żył później przez kilka lat z jakąś kobietą, to nigdy ponownie się nie ożenił. Śmierć matki zwaliła mnie z nóg, chociaż już jako mały chłopiec, nadzorując jej osobistą apteczkę, byłem doskonale świadomy niebezpieczeństw, z jakimi się borykała. W tamtych latach nasze codzienne życie odmierzał rytm zażywania lekarstw: jednej białej tabletki i dziesięciu kropel dziwnej przezroczystej mikstury, którą przygotowywałem z właściwą dzieciom miłością i skupieniem. Wszystko to jednak na próżno. W wieku ośmiu lat dla dobra matki postawiłem moje życie w stan gotowości. Miałem obsesję na punkcie czaszek wydrukowanych na opakowaniach jej leków, a ich domniemana toksyczność robiła na mnie ogromne wrażenie. Pod koniec studiów, kiedy stawiałem pierwsze kroki w dorosłe życie, moje braki w wychowaniu i kulturze (nie licząc wiedzy, która zdobyłem z książek) sprawiały, że czułem się zdezorientowany i zagubiony. Wtedy też prawie nie widywałem się z ojcem.

W tym samym czasie, kiedy odkrywałem życie, poznawałem tez podstawy savoir-vivre, których nikt mi nie nauczył, tak bardzo potrzebnych, by zrozumieć swiat. Dzięki kilku przelotnym miłostkom dowiedziałem się, że można być obsługiwanym w restauracji przez starszego od siebie kelnera, i że nie ma w tym nic krępującego. Nauczyłem się też, że można wyjeżdżać na wakacje, i tego, że są na świecie miejsca piękniejsze, bardziej przyjazne, swobodne i bardziej słoneczne niż te, w których dorastałem. Zdałem sobie sprawę, że wolno mi przebywać w tych miejscach, i że nikt nie zażąda, abym je opuścił, gdyby wyszło na jaw, czyim jestem synem. Ze względu na moje niedouczenie i braki w wykształceniu, a także przez moją obojętność na to, co mnie otaczało, nie wyniosłem z tych wyjazdow żadnego zamiłowania do podróży, choć muszę przyznać, że nawet polubiłem Grecję.

Odkryłem również, że można chodzić do dentysty. W tym samym czasie dowiedziałem się, że mój ojciec mieszka z jakąś kobietą, ale nigdy nie chciałem jej poznać. Nie mogłem znieść myśli, że ojciec żyje u boku kogoś innego niż moja matka. Wolałem też nie dawać wiary pogłoskom, jakoby jego nowa partnerka była kiedyś prostytutką, która pozwalała mu, by się nad nią fizycznie znęcał. Wszystko to budziło we mnie ogromny niesmak.

Zabawa z przekładem #4 S. Ministru: Nauka czytania

Ojciec streścił mi bieżące wydarzenia ze świata, pytając mnie przy okazji, czy poruszyłem tę czy inną kwestię w mojej gazecie (mój ojciec nadal sądzi, że do tej pory ja sam rozdzielam zadania w redakcji), i czy w końcu zamierzam zaprowadzić porządek i ukrócić głupoty wygadywane przez tych durniów z telewizji. Jemu wydaje się bowiem, że moja pozycja dyrektora generalnego upoważnia mnie do ingerencji w jakiekolwiek media. To powiedziawszy, pokazał mi pocztę, którą właśnie dostał.

W każdy piątek ojciec wręcza mi to, co znalazło się w jego skrzynce pocztowej w poprzednich dniach, a ja muszę mu wszystko przeczytać: są to w zasadzie same rachunki i sterta ulotek reklamowych. Ojciec lubi zwłaszcza te ostatnie, rachunki są bowiem dla niego niczym innym jak tylko nudnym znacznikiem egzystencji, która rozmywa się w nieustającym smutku starości. Zafascynowany jaskrawymi kolorami reklamówek i cyframi, które zdają się głosić prawdy absolutne tylko dlatego, że drukowane są wielką czcionką, ojciec prosi mnie, abym przeczytał mu promocyjne oferty sprzedaży kosiarek do trawy, grillów ogrodowych czy altanek.

Bawiło mnie jego mocno spóźnione zainteresowanie rekreacją na świeżym powietrzu. Jedną z tych rzeczy, których ojciec nigdy w swoim życiu nie używał, jest choćby kosiarka do trawy. A jedną z tych rozrywek, w których nigdy nie brał udziału – piknik z grillowaniem. I jeśli istniała ta jedna rzecz, której nigdy nie potrzebował, jest nią właśnie ogrodowa szopa z narzędziami. Proste przyjemności życia jak smaczna wyżerka z przyjaciółmi albo uprawa kawałka ziemi nigdy nie były jego hobby. Ojciec nie miał zresztą żadnych pasji, a wszystko, co związane z wyjściami na miasto uważał za stratę czasu i pieniędzy. Nawet nie wspomnę o tym, że jeśli chodzi o majsterkowanie, to nigdy nawet nie pomalował drzwi, nie wbił gwoździa ani nie wkręcił choćby jednej śrubki. Lektura ulotek reklamowych ogromnie mnie nudziła, starałem się więc wszelkimi sposobami od tego wykręcić, ale nigdy tak naprawdę mi się to nie udało. Choć może wydawać się to dziwne, dźwięk mojego własnego głosu wyliczającego zalety jakichś ręczników czy też wątpliwe korzyści, jakie miałby przynieść zakup przecenionych plastikowych tacek z mielonym mięsem, brzmiał w moich uszach niczym melodia, która uspokajała mojego ojca i rzucała na niego jakiś urok.

– Tato, po co chcesz, żebym ci to czytał? Przecież i tak nie kupisz tych wszystkich klamotów…

– I co z tego? Mnie się to podoba. Poczytaj mi jeszcze. No, dalej, przeczytaj na przykład to…

Po raz kolejny muszę wiec sięgnąć po reklamę pożyczki, której stopa procentowa jest tak horrendalnie wysoka, że mam ochotę zadzwonić na policję. I tak czytam i czytam. Jak choćby ogłoszenia sprzedaży nieruchomości, które jakiś pośrednik próbuje upchnąć za wysoka cenę, wiadomo jednak, że nikt – a już zwłaszcza mieszkańcy starej robotniczej dzielnicy, gdzie żyje mój ojciec – nie może sobie na nie pozwolić. Czytam dalej, kończąc na kolejnych promocjach steków, które kuszą swoim smakowitym wyglądem.

Kiedy rytuał cotygodniowej lektury dobiega końca, sprawdzam jeszcze, czy ojcu niczego mu nie brakuje i zostawiam go samego, zastanawiając się przez cały weekend, czy znowu nie zapomni wyłączyć gazu pod gotującym się mlekiem. Dlatego właśnie muszę do niego dzwonić: raz w sobotę i dwa razy w niedzielę. Mój partner Alex w końcu przestał krytykować mojego ojca, przez którego – jak twierdzi – tak wiele wycierpiałem. I który sprawił, że bardziej niż kiedykolwiek czuję, że wzajemne więzi łączące mnie z nim stają się coraz trwalsze i silniejsze, choć tak bardzo usiłowałem je przeciąć.

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl
x Shield Logo
This Site Is Protected By
The Shield →