Ostatni przystanek przed jesienią

Żebyśmy się napatrzyli, żeby obraz wraził się na wieki w źrenicę i nerwami zawędrował do pamięci, do serca, do duszy – w co tam sobie kto wierzy. Żeby został, bo przecież z czasem, z upływem, z wiekiem zostanie jako pociecha tylko on jako dowód, żeśmy w ogóle istnieli. Po to wyświetla się nam ta jesień w glorii i jakaś hiperrealna.

Pora skompresowana, intensywna jak tuż przed klęską. Z obfitością barw po lasach i ogrodach. Krew, złoto, ogień. Alchemia. Owoce w sadach i ciężkie, cieliste głowy dyń zalegające tysiącami pola.*

Ostatni przystanek przed jesienią

Poniższy tekst w moim przekładzie to fragment powieści Dernier arrêt devant l’automne (Ostatni przystanek przed jesienią), której autorem jest René Frégni. Książkę wydał w tym roku francuski Gallimard.


Klasztor pokrył się purpurą. Jesień oplotła gmach opactwa i dom biskupa długimi pnączami winorośli, które wgryzając się w ozdobne okapy dachu, krwawym deszczem spadały na siedem okien każdego piętra budynku. Tylko kaplica stała, jak zawsze jasna i dumna, u stóp wzgórza.

Przez cale lato pod podeszwami moich butów pękały tysiącami spalone słońcem białe muszle ślimaków. Od kilku dni moje stopy kruszą całe dywany żołędzi za każdym razem, gdy przechodzę pod koronami drzew otaczających klasztor. Lubię, kiedy coś pęka pod moimi stopami, to dodaje gęstości moim krokom. Spod wyschniętej, spragnionej wody ziemi do moich uszu dochodzi trzask rozpadających się żołędzi. Jesienią nigdy nie jesteśmy tu sami: zawsze cos tu trzeszczy, spada, toczy się i rozpada na kawałki.

Wyobrażam sobie mnichów, którzy przez cale stulecia przechadzali się wokół tych murów i pod tymi starymi drzewami. O czym wówczas rozmyślali? Dlaczego wybrali tę zagubioną dolinę? Prawie wszystkie klasztory wznoszą się pośród zachwycających krajobrazów, ten zaś ukryty jest pod zboczami opustoszałych wzgórz, pełnych węży, dzików i lisów, które prześlizgują się wśród gęstych, nie do przebicia krzewów szczodrzenicy, z dala od utartych szlaków i dróg.

Nazwa klasztoru Ségriès oznacza coś świętego lub sekretnego… Jestem jedynym mieszkańcem tych dziwnych, od dawna opuszczonych budynków, jedynym opiekunem tego miejsca i ogrodnikiem. Przecież po to w końcu podjąłem się tej pracy, aby móc znowu pisać. Przez sześć miesięcy, od kiedy tu jestem, zupełnie sam, nakreśliłem może ze trzy linie w moim nowym notesie… A czy mnisi naprawdę oddawali się modlitwom? Czy może tylko udawali? Zasłyszałem, że tutejsi zakonnicy przed laty zajmowali się wytwarzaniem likieru z pomarańczy tu, w tej krainie tak płodnej i tak odosobnionej, że starzy ludzie wciąż nazywają ja Dolnymi Alpami.  Nawet winnice w tych dolinach nigdy nie przyniosły żadnych owoców. Latem, gdy na zewnątrz wszystko płonie żywym słońcem, mnisi oddawali się zapewne niekończącym się drzemkom w zaciszu swoich cel i otępiali wypełzali z nich nocą w nieznacznie tylko chłodniejsze cienie klasztoru… Co za cisza…

Niedawno widziałem armię owadów ubranych w czerwone tuniki z dwoma czarnymi kropkami. Insekty, trafnie nazywane żandarmami [pol. kowal dwuplanek – przyp. tłum.], w długich rzędach szkarłatnych mundurów, sprawnie wspinały się po zwiędłych łodygach malw, pożerając przy tym ich nasiona.

Wieczory nigdy nie były tak piękne jak teraz. Słońce napełnia ogniem chmury za domem biskupa, a różowe i fiołkowe wino rozlewa się i płynie szerokim potokiem ku wąskiej dolinie rzeki Colostre, rozświetlając dzwonnicę kościoła w Puimoisson, po czym zalewa lawendowe pola czerwoną, wpadającą w czerń strużką, nim wreszcie dotrze do Durance.

Klony są przezroczyste, bo jako pierwsze zgubiły liście. Została tylko zasłona utkana z ich uskrzydlonych owoców.

 

* A. Stasiuk (Kucając)

Zdjecia: Unsplash

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl