Zabawa z przekładem #1. A. Steiger: Odległość

Zabawa z przekładem #1. A. Steiger: Odległość

Niniejszym rozpoczynam cykl zatytułowany Zabawa z przekładem. Teksty, które się tu pojawią, to fragmenty książek do tej pory niepublikowanych w języku polskim. Wykorzystuję tutaj teksty dostępne w internecie (zazwyczaj jako bezpłatne materiały promocyjne wydawnictw), ale także książki, które mam w swoim domowym księgozbiorze. Od razu zaznaczam, że jest to wyłącznie zabawa z tekstem i choć staram się, by moje tłumaczenia były staranne i odzwierciedlały „duch oryginału”, to mogą się tam pojawić różne kiksy, pomyłki i inne translatorskie babole.

Mam nadzieję, że moje zabawy przekładem będą wam się podobać. Jestem otwarta na konstruktywna krytykę, komentarze i propozycje. Miłej lektury!

 

Zabawa z przekładem #1. A. Steiger: Odległość

 

 

Alexandre Steiger: La distance (Odległość)

Powieść wydana we Francji w sierpniu 2017 nakładem wydawnictwa Leo Scheer.

Poniższy fragment w przekładzie autorki bloga.

 

 

***

Postanowiliśmy razem z Jeanne pojechać aż do Positano. Tamtego dnia wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Neapolu wynajętym fiatem. Po drodze śpiewaliśmy na całe gardło popularne włoskie piosenki nadawane przez radio i udawaliśmy jednocześnie, że znamy ich słowa na pamięć. Jeanne, zazwyczaj tak powściągliwa i spokojna, śpiewała pełną piersią, jakby chciała naśladować wyimaginowaną pieśniarkę z odległych zakątków Apulii, przesadnie akcentując każde „r” i teatralnie gestykulując rękoma.

Było nam tak lekko i beztrosko. Nasza trasa z Neapolu do Positano prowadziła przez wąską i poskręcaną szosę, z której rozpościerał się widok na wybrzeże. Świadomość, że przepaść jest tak blisko, przyprawiała nas o zawroty głowy. Obustronny ruch samochodów na tej wąskiej drodze i lekkomyślność neapolitańskich kierowców sprawiały, że ciarki przechodziły nam po plecach. Trzeba było niemałej zręczności, by na przykład uniknąć czołowego zderzenia z autobusem, który na pełnym gazie wpadł w pokręcony niczym serpentyna zakręt. Ale przecież nic takiego nie mogło nam się przytrafić. Całą drogę pokonaliśmy bowiem z niepokojącą łatwością. Nasza miłość była równie bezproblemowa i bezpieczna jak ruch na drodze tamtego dnia.

Positano to przyczepione do skalnego urwiska miasteczko, wiszące tuż nad brzegiem morza. Upstrzone kolorami domy tłoczą się tam jeden przy drugim, tworząc zadziwiająco spójną mozaikę barw, całkiem jakby jakiś gigantyczny wzrostem artysta porzucił swoją malarską paletę gdzieś ponad olbrzymim oceanem.

Kamienne schody, które zdają się prowadzić w nieskończoność, w chaotyczny sposób przecinają miasteczko od góry do dołu, zmylając kierunki tak, że ma się wrażenie, że nigdy nie dojdziemy do plaży.

Kiedy w końcu dotarliśmy do wioski rybackiej tuż nad brzegiem morza, Jeanne oparła głowę na moim ramieniu. Bez słowa wpatrywaliśmy się w horyzont. Jeanne przytuliła się do mnie. Byliśmy niezwyciężeni.

Zabawa z przekładem #1. A. Steiger: Odległość

W drodze powrotnej rzuciliśmy się w pościg za słońcem, podążając śladami jego trajektorii aż do samego Neapolu. Zaledwie sto metrów od miejsca, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg, nagle straciłem kontrolę nad kierownicą.

Marina Via Nuova, która prowadzi wzdłuż portu w Neapolu, poprzecinana jest koleinami, jak większość zresztą dróg. U schyłku podróży, kiedy moja koncentracja znacznie  się zmniejszyła, z pełnym impetem wjechałem w jedną z tych ulicznych dziur. Coś huknęło głucho, po czym prawa tylna opona mojego fiata rozpadła się na kawałki.

Zareagowałem instynktownie i natychmiast odruchowo wyprostowałem kierownicę, po czym zjechałem na prawą stronę i zatrzymałem się na poboczu na czymś w rodzaju roboczego parkingu.

Lekko oszołomieni wysiedliśmy z samochodu. Jeszcze nie zdążyliśmy porządnie ocenić szkód, kiedy znienacka pojawił się jakiś człowiek i tak po prostu zaoferował swoją pomoc, jak gdyby czekał tu na nas specjalnie przez cały dzień.

Nie rozumiałem ani słowa z tego, co do mnie mówił, ale sprawiał wrażenie, że zna się na rzeczy. Bawiła go nie tylko cała ta sytuacja, ale i moja nieznajomość mechaniki samochodowej, którą zapewne musiał wyczytać z mojej twarzy. Nie przestawiając nawijać do mnie po włosku, wyciągnął ni stąd ni zowąd – niczym magik królika z kapelusza – walizeczkę z narzędziami ukrytą w schowku pod bagażnikiem naszego fiata. Było w niej wszystko, co tylko potrzebne, by zmienić koło: był to jakby całkowicie odrębny i obcy mi świat, tak obcy i niezrozumiały, jak ten „dialog głuchych”, jaki obaj prowadziliśmy, ja i ów nieznajomy.

Facet położył się na asfalcie i wciąż śmiejąc się, w niecałe dziesięć minut zmienił nasze koło. Kiedy wreszcie wstał, jego ręce były czarne od smaru. Nie żądając niczego w zamian za przysługę, zniknął tak nagle jak się pojawił. Przechodząc na drugą stronę Via Marina, pozdrowił nas szerokim gestem, a na jego twarzy zarysował się szeroki od ucha do ucha uśmiech.

Półtora roku później nie potrafiłem nawet przypomnieć sobie ani jego twarzy, ani tego, jak wyglądał. Przed oczami miałem jedynie zieloną koszulkę polo, którą miał wtedy na sobie.

 

Deszcz padał tego ranka nad Villejuif, a ja wspominałem tamto lato spędzone z Jeanne. Przyszło mi nagle na myśl, że być może napotkaliśmy wówczas, nic o tym nie wiedząc, anioła stróża naszej miłości.

Podczas tego incydentu z oponą niespodziewanie zachowaliśmy nadzwyczajny spokój. Ani przez moment nie wpadliśmy w panikę. Nie było między nami żadnego tarcia, nic też nie zazgrzytało. Mogliśmy przecież na siebie nakrzyczeć i zarzucić sobie nawzajem brak należytej czujności. Nic z tego jednak. Była w nas za to tajemnicza ufność i przekonanie, ze jacyś niewidzialni bogowie otoczyli nas swoją opieką.

Mężczyzna w zielonej koszulce polo z całą pewnością wtedy na nas czekał. O tym też byliśmy w głębi serca przekonani. Wierzyć, że był on naszym aniołem stróżem, to jednocześnie wierzyć w naszą miłość. Nasz związek rozpadł się jakiś czas później niczym tamta opona fiata, ale tym razem Jeanne zostawiła mnie samego na poboczu. Nie wierzyła już ani w człowieka w zielonej koszulce polo, ani w anioły, ani w bogów. Wyrzekła się ich raz na zawsze.

Niestety, co gorsza dla mnie, nadal nie potrafiłem sam zmienić koła w samochodzie. Na próżno szukałem też pasującego klucza do miłości. Pewnego dnia przeglądałem w internecie zdjęcia Positano. Podpis pod jednym z nich informował: jak głosi legenda, z miłości dla pewnej nimfy grecki bóg Posejdon założył niegdyś to miasteczko.

 

Zdjecia:  1 i 2. Taylor Leopold (Unsplash)

3. Genie Austin (Unsplash)

 

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl