Rok 2017, czyli 12 dobrych rzeczy

Rok 2017, czyli 12 dobrych rzeczy

Do tej pory raczej nie przepadałam za tak popularnymi wśród blogerów podsumowaniami roku. Nie żebym nie lubiła czytać o cudzych osiągnięciach, powodach do dumy czy małych szczęściach; co to to nie!

Nie będę jednak ukrywać, że czasami często w trakcie lektury ogarniał mnie smutek i może odrobina rozgoryczenia, że jak to, innym się udaje, a u mnie wciąż dupa, syf, kiła i mogiła! 

I tak rok po roku. Jak długo można cieszyć się cudzym szczęściem, nie czując jednocześnie posmaku goryczki w ustach i guli w gardle?

I nieważne, że powtarzasz sobie niczym mantrę, że „kiedyś będzie lepiej”, albo że „ta zła passa wkrótce minie”, że „los się wkrótce do ciebie uśmiechnie”.

No weź, ile można? Ktoś jeszcze poza Tobą samym w to wierzy? Czy to tylko pobożne życzenia mamy przy wigilijnym stole, kiedy dzieląc się z Tobą opłatkiem, z troską w głosie pochyla się nad Twoim krzywym, nieudanym i poplątanym żywotem z nadzieją, że wkrótce pójdziesz po rozum do głowy i odepchniesz się od dna spod metra mułu i porażek? I zaczniesz wreszcie żyć.

Więc na co czekasz?

Nie czekaj, bo tak jak ja stracisz niepotrzebnie swój cenny czas. I niepowtarzalną okazję, aby być tak po prostu szczęśliwym.

Moje życie jest klasycznym wręcz przykładem, jak wiele szans można zmarnować, jak bardzo można się pomylić, podejmując ważne decyzje, a także jak skutecznie sabotować własne szczęście poprzez nieudane i niewłaściwe związki. Jednocześnie zaś jest żywym dowodem na to, że pomimo porażek w niemalże każdej dziedzinie (zawodowej, osobistej czy finansowej) można się życiowo ogarnąć i zacząć wszystko od nowa. I że nawet tkwiąc głęboko w czarnej dupie rozpaczy, można w końcu zobaczyć światełko na końcu dupy tunelu i przerwać wieloletnią złą passę.

I nie stoi za tym cudowna przemiana z dnia na dzień, łut szczęścia, koło fortuny, wygrana w totka czy zbieg okoliczności, ale ciężka praca, właściwe tym razem wybory, niełatwe czasem decyzje, determinacja i odrobina odwagi.

Wróćmy więc do mojego podsumowania tego roku. Z czego jestem dumna? Co udało mi się osiągnąć w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy? Co mnie cieszy? Czego się nauczyłam?

Rok 2017, czyli 12 dobrych rzeczy

12 dobrych rzeczy, czyli jaki był dla mnie rok 2017?

1. Przeprowadziłam się z miasta na wieś.

Jest to w zasadzie ciąg dalszy moich angielskich perypetii, ale tym razem w pozytywnym wydaniu. I choć jestem typową miastową dziewczyną, to z zaskoczeniem odkryłam, jak przyjemnie jest mieszkać z dala od ludzi, za to po sąsiedzku z tutejszą fauną w postaci lisów, bażantów, saren, a nawet sów i nietoperzy.

2. Zaczęłam nową, lepiej płatną, a przy okazji mniej stresującą pracę. Coś za coś: jest to niestety zajęcie nudniejsze i mniej rozwijające, za to bez nocnych dyżurów i pracy w weekendy.

Za każdym razem, gdy pluję sobie w brodę, narzekając na obecną pracę (pielęgniarka na bloku operacyjnym w prywatnym szpitalu), powtarzam sobie, że to zajęcie tymczasowe (a nie kariera na lata), i że dzięki niemu zarabiam jednak dużo więcej niż na państwowej posadce. Jednak gdybym miała jeszcze raz podjąć podobną decyzję, powiedziałabym sobie: Leno i Sabo, nie idźcie tą drogą.

3. Nauczyłam się wreszcie jeździć na nartach.

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa: mam jakieś 12 lat, jest zima, a w telewizji leci kolejna zimowa olimpiada, bodajże we francuskich Alpach. Jestem zafascynowana narciarstwem alpejskim i w każdej wolnej chwili wyobrażam sobie, że brawurowo jeżdżę na nartach. Jest tylko jeden mały szkopuł: nie mam ani nart, ani kasy, żeby je kupić. W dodatku mieszkam w Poznaniu, a tam jak wiadomo gór nie ma, a moi rodzice ani sami w góry nie jeżdżą, ani tym bardziej w głowie im sporty zimowe czy też moje fanaberie. Fajnie, nie? O moim marzeniu nieśmiało opowiadam tacie, który po części mnie zbywa, a po trochę po swojemu pociesza, że przecież to jeszcze nie koniec świata, prawda?

Kiedy więc dociera do mnie, że po raz kolejny moje marzenie to tylko mrzonka, zalewam się samotnie rzewnymi łzami dwunastoletniej rozpaczy. Do dziś pamiętam, jak było mi przykro. I choć w Poznaniu powstał później sztuczny stok narciarski na Malcie, to nigdy na nartach nie stanęłam.

I pewnie nigdy w życiu nie dowiedziałabym się, jaka to frajda jeździć na nartach, gdyby nie namówił mnie do tego mój chłopak Alan, zapalony narciarz i snowboardzista. Wybrałam intensywny kurs na sztucznie nasniezanym stoku (gdzieżby indziej, skoro na Wyspach śniegu niet). I choć wiele razy zaliczyłam spektakularną glebę, to narciarstwo wsiąkło we mnie na dobre. Moje dziecięce marzenie już nie jest tylko marzeniem. Warto było czekać ponad ćwierć wieku, by patrzeć, jak się spełnia.

4. Ogarnęłam wreszcie podstawy fotografii.

Kiedy parę lat temu dostałam w prezencie swoja pierwszą lustrzankę Canon550d razem z dwoma obiektywami, przez dłuższy czas używałam jej wyłącznie w trybie automatycznym. Dopiero ten rok okazał się pod tym względem przełomowy:  z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie jest tak trudno, jak to sobie do tej pory wyobrażałam.

Obecnie używam dwóch aparatów: Canon 550d i Canon 1300d oraz kilku różnych obiektywów i filtrów. Regularnie zabieram też ze sobą statyw, a w domu posługuję się od czasu do czasu komorą bezcieniową (light box), którą zrobił mój chłopak Alan.

Nasze zdjęcia można zobaczyć między innymi tutaj i tu, a takze tu

5. Nauczyłam się, jak używać programów do obróbki zdjęć: Lightroom i w stopniu podstawowym także Photoshop.

6. Regularnie spłacam zaciągnięte kredyty i pożyczki.

Ogarnęłam wreszcie i przywróciłam do porządku osobiste finanse i domowy budżet. Po kilku naprawdę chudych i ciężkich latach, z bagażem studenckiego kredytu, kilku dużych pożyczek i ciągnących się długów wreszcie mogę powiedzieć, że stanęłam na nogi. I jestem z siebie dumna.

7. Założyłam swój pierwszy profesjonalny blog z nadzieją na to, że właśnie rozpoczyna się COŚ naprawdę fajnego.

Przygodę z blogowaniem zaczęłam w lipcu 2005 roku na blox.pl, tuż przed moim trzecim wyjazdem do Francji. Przez sześć lat dość regularnie pisywałam o moim życiu we Francji, studiach i innych osobistych duperelach. Blog ten (Gdzieś na północy Francji, czyli Polka chez les Ch’tis ) w szczytowych momentach swojej kariery znalazł się nawet w pierwszej setce najpopularniejszych blogów (na bloxie). Umarł jednak śmiercią naturalną wówczas, gdy odkryłam uroki platformy blogger.com. Nie zagrzałam tam jednak na długo miejsca, bo w pewnym momencie taka formuła pisania po prostu się wyczerpała. Ja sama zresztą nie miałam już do tego ani głowy, ani czasu, ani tym bardziej weny.

Ten blog to moje długo wyczekiwane i mocno przenoszone dziecko. Mocno trzymam kciuki za pisarską wenę i lekkie pióro!

8. Założyłam konto na Instagramie, na którym regularnie publikuję zdjęcia powiązane niejako z tematyką mojego bloga.

Mój profil na Instagramie znajdziecie tu: https://www.instagram.com/grey.heron/.

9. Zaczęłam regularnie ćwiczyć.

Jako osoba, która od zawsze nienawidziła wuefu i całe liceum przejechała na zwolnieniu lekarskim, przez wiele lat byłam typowym couch potato. O ile dwudziestolatka może jeszcze jako tako funkcjonować bez sportu, to u prawie czterdziestki taki przekręt nie przejdzie. No nie ma zmiłuj, trzeba ruszyć tyłek i o siebie zadbać.

10. Wygłosiłam swoją pierwszą prezentację w języku angielskim.

No może niezupełnie pierwszą, choć pierwszą przed ludźmi, których w zasadzie nie znam. I choć było to zaledwie dwadzieścia osób, to i tak w poprzedzającą noc nie zmrużyłam prawie oka w hotelu, po czym wpadłam w histerię tuż nad ranem i oznajmiłam, że nigdzie nie idę. Ostatecznie prezentacja się odbyła, a ja zrozumiałam, że mój lęk wynikał nie z obawy przed publicznym wystąpieniem, ale przed kompromitacją językową. Nie dlatego że mój angielski jest słaby (bo nie jest), ale ze względu na akcent. Niewątpliwie wyzwaniem była też moja niechęć do kłapania dziobem: jestem bowiem klasycznym przykładem introwertyka.

11Pojechałam na pierwsze w życiu zimowe ferie na nartach. I pierwszy raz spędziłam święta Bożego Narodzenia w Alpach, całkiem odmiennie niż dotychczas.

Mam nieco mieszane uczucia, kiedy myślę o grudniowych świętach. Z jednej strony przychodzą na myśl dobre wspomnienia, czyli: Gwiazdka w rodzinnym gronie, kolędy, pasterka o północy, śnieg i sanki na osiedlowej górce, płomień świec na odświętnym stole, prezenty od i dla najbliższych, i naiwna dziecięca radość z małych rzeczy. Z drugiej strony zaś widzę wszystko to, od czego sama teraz uciekam: gorączka zakupów, dzikie tłumy w sklepach, harówka w kuchni, góra jedzenia, którego nie da się zjeść, prezenty, które cieszą, ale i denerwują jednocześnie, wizyty u rodziny, wielogodzinne maratony przy stole, spacer po starówce w pierwszy dzień świat… Mam dalej wymieniać?

Święta, których duchowy wymiar zawsze był dla mnie ważny, przestały mi jakoś wystarczać. Nie chcę również, by służyły mi jako sztuczny wypełniacz czasu w moim życiu, coś w rodzaju tych rzeczy, na które czeka się cały rok. Przecież jest tyle innych możliwości!

W tym roku wybór padł wiec na święta w Alpach w kurorcie St Gervais z widokiem na Mont Blanc. Sześć dni od rana do późnego popołudnia na nartach! Czy można chcieć więcej?

12. Ukończyłam kilkadziesiąt ważnych  i przydatnych zawodowych kursów.

Ta lista, choć już dość pokaźna, będzie się z pewnością powoli wydłużać. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Ja po prostu lubię się uczyć, a w moim zawodzie wiedzy (nie tylko w kwestii nowinek technicznych) nigdy za wiele.

Rok 2017, czyli 12 dobrych rzeczy 

 W nowy rok wchodzę z głową pełną pomysłów i marzeń.

Chciałabym jeszcze:

1. Schudnąć.

Tak, już to wiem, będzie to niemałe wyzwanie, biorąc pod uwagę mój notoryczny już brak silnej woli i łatwość, z jaką ulegam pokusom.

2. Zdobyć w końcu prawo jazdy.

Wstyd mi przyznać się przed Wami, że w wieku 37 lat wciąż nie mam prawka. Kiedy już przestaniecie się śmiać, dodam tylko, że paręnaście lat temu zapisałam się na kurs, zdałam teorię, odbyłam kilkadziesiąt godzin jazd z wyjątkowo nieudolnym instruktorem… namęczyłam się srodze i nastresowałam po dziurki w nosie, po czym zwinęłam żagle i wyjechałam na stypendium do Francji.

Jakże lamerska wymówka, by nie podchodzić do praktycznego egzaminu, który zapewne z hukiem bym oblała. Nieważne. Potem wmawiałam sobie, że tak naprawdę wcale tego prawa jazdy nie potrzebuję, bo i tak mieszkam w mieście. A po co mi w dużym mieście samochód, skoro są autobusy, tramwaje, a w ostateczności rower i własne nogi?

Morał z tej historii jest tylko jeden: co możesz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a nie będziesz tuż przed czterdziestką świecić oczami przed znajomymi, starając się ukryć, że tak naprawdę nie masz pojęcia, jak prowadzić samochód i zwyczajnie boisz się usiąść za kierownicą.

3. Uzyskać nostryfikację mojego dyplomu studiów pielęgniarskich i przenieść się na stale do Francji.

4. Ukończyć kurs kreatywnego pisania.

5. Przywrócić moją znajomość francuskiego na poziom C2.

6. Z kursów zawodowych: zdobyć certyfikat Advanced Life Support (ALS).

7. Nauczyć się kaligrafii (zestaw już mam, więc wymówek brak), co dla leworęcznej osoby może być całkiem niezłym wyzwaniem.

8. Zacząć naukę gry na pianinie.

9. Eeee, wyjść za mąż?

 

A jak u Ciebie?

Co dobrego przydarzyło się Tobie w tym roku?

Z czego jesteś dumny?

 

Zdjecia: Annie Spratt – Unsplash

NordWood Themes – Unsplash

Joanna Kosinska –  Unsplash

 

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl