OSOBISTE

Marzę o prostym życiu, a Ty? Coś się zmieniło przez ostatni rok

28/04/2021
wiatrak Jack & Jill South Downs Sussex

Te dwa zdjęcia poniżej dzieli dokładnie rok. Pierwsze zrobiłam 23 kwietnia 2020 roku na jednym z naszych wiosennych spacerów po parku narodowym South Downs w Sussex. Drugie ma datę 24 kwietnia 2021. Oba zdjęcia dzieli wszystko a jednocześnie nic.

Nic, bo świat wciąż jest taki sam, łagodne wzgórza jak stały, tak wytrwale stoją, a nowe pokolenia owiec ze stoickim spokojem skubią trawę jakby nigdy nic. 

Wszystko zaś, bo przecież wydarzyło się tak wiele, czasem zbyt dużo, by zaakceptować każdą zmianę i pogodzić się z upływem czasu. Zaakceptować stratę, zmarnowaną szansę, rożne pomyłki i błędne decyzje. Nawet zmiany na lepsze bywają stresujące. Dobre rzeczy, które nam się przytrafiają, mają w sobie nieco gorzki posmak. Czasem nie wiadomo, czy można się już cieszyć, czy lepiej trochę z tym poczekać. 

South Downs

Tekst i zdjęcia: Lena Bloor

Kim jestem teraz, po roku pod znakiem koronawirusa? Nie wydaje mi się, bym wyszła z tego doświadczenia silniejsza i bardziej odporna na stres lub życie pod ciągłą presją i umieranie. Wprost przeciwnie: wyszłam z tego raczej poraniona, zmęczona, pełna lęków o bliskich i naszą przyszłość, z mniejszym poczuciem własnej sprawczości i mniejszą (tak, tak, niestety!) wiarą w ludzi. Bzdury o tym, że co nas nie zabija, to nas wzmacnia, już dawno wyrzuciłam do mentalnego kosza z napisem #spiritualbullshit.

South Downs

Pod koniec lutego zeszłego roku całkowicie zrezygnowałam z etatu w szpitalu. Różne były tego powody: głównym z nich była chęć zachowania równowagi między pracą a życiem osobistym. Anglicy mówią na to work-life balance. Wtedy właśnie praca pochłaniała ogromne zasoby czasowe w moim życiu. Wysysała ze mnie energię i motywację niczym cholerny wampir. A ja nie chciałam żyć tylko pracą, dyżurami, nadgodzinami, a w weekendy siedzieć pod telefonem. Przeładowana obowiązkami i zestresowana. Nie chciałam więcej w piątkowe wieczory z lękiem i ściśniętym żołądkiem myśleć o nadchodzącym tygodniu i kląć pod nosem „Nie lubię poniedziałku!”.  

Chciałam zająć się tłumaczeniami i pisaniem, a także znaleźć czas na to, by się po raz kolejny przekwalifikować. Po długich i krętych poszukiwaniach wygląda na to, że znalazłam swoja niszę, którą warto zagospodarować. 

South Downs

Na początku zeszłego roku postanowiłam pracować wyłącznie na kontraktach, tzw. locumWiadomo, no risk no magic. Dość pechowo wybrałam sobie czas na te życiowe zmiany. Gdybym wiedziała, że kilka tygodni później cały kraj wejdzie w twardy lockdown, a szpitale zrezygnują z planowych zabiegów na rzecz leczenia pacjentów z Covidem, to zostałabym na etacie. Przynajmniej na jakiś czas.

A przecież już pod koniec stycznia pojawiły się pierwsze niepokojące sygnały. W pracy coraz częściej nie mówiło się o niczym innym. #Covid-19 był wszędzie, straszył w newsach i niemalże wyskakiwał prosto z lodówki. Trochę hurraoptymistycznie założyłam, że pandemia przejdzie jakoś bokiem i wszystko szybko wróci do normy. Little did I know…

Stopniowo tych dyżurów było coraz mniej w jednym szpitalu a potem w drugim, aż w końcu pewnego dnia mój ówczesny szef oznajmił: sorry, nie będziemy cię potrzebowali, muszę odwołać wszystkie twoje dyżury. Na czas nieokreślony. Zobaczymy się za parę miesięcy, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Był to trzeci tydzień marca. BoJo właśnie ogłosił lockdown w całym UK.

Pamiętam, że tego samego wieczoru wracałam do domu pociągiem, dziwnie opustoszałym o tej porze dnia, i nagle dotarło do mnie, że być może więcej nie zobaczę ani rodziców, ani brata. Ze może nasze wspólne wakacje rok wcześniej były tak naprawdę OSTATNIE. I chyba po raz pierwszy wówczas na serio się przestraszyłam.

W ciagu kilku dni opustoszały półki w supermarketach. Brakowało nie tylko papieru toaletowego, ale i suchych produktów spożywczych czy mleka a nawet podstawowych środków przeciwbólowych. Właściwie nie dawało się nabyć świeżych owoców i warzyw. W sklepach wprowadzono ograniczenia, by zapobiec panicznym zakupom. 

W sieci krążyło nagranie, na którym zapłakana pielęgniarka OIOM-u skarży się, że po 48-godzinnym dyżurze właściwie nie może zrobić zakupów, bo na sklepowych regalach świecą pustki. 

South Downs

Chwilowo zostałam wtedy bez pracy, ale ponieważ w branży medycznej roboty jest po kokardę, szybko podpisałam kontrakt na dwa miesiące pracy na OIOM-ie w dużym szpitalu odległym o półtorej godziny jazdy. Trzy dni pracy w tygodniu po 12 godzin i cztery dni wolnego. Za zawrotne pieniądze, których nie zarobiłabym na żadnym innym kontrakcie. Za dwukrotnie większą stawkę niż do tej pory. 

Proszę bardzo – myślałam sobie – chciałaś być Wonder Woman, to masz teraz okazję, by na żywo i w realnym życiu zostać bohaterką. A jednak nie chciałam jechać. A., moj mąż, był przeciw. Coraz częściej zdarzało się, że płakałam – bezsilna i przerażona – na samą myśl, że mogę ryzykować nie tylko własne zycie, ale i zdrowie i życie mojego męża. Praca na covidowych oddziałach to nie zabawa i nie symulacja. Nie romantyczna filmowa misja rodem z “Ostrego dyżuru”. Nie patetyczna i naiwna wizja z nastoletnich marzeń, kiedy słuchając ulubionej muzy, wyobrażasz sobie, że jesteś KIMŚ. Wybawcą, ratownikiem, bohaterem. 

Do dziś mi wstyd, kiedy pomyślę, że parę lat temu po cichu zazdrościłam moim znajomym z pracy, którzy udzielali pomocy ofiarom zamachu bombowego po koncercie Ariany Grande w Manchesterze. Kilka miesięcy wcześniej przeprowadziłam się na południe Anglii. Gdybym została w poprzedniej pracy, na neurochirurgii, tamtego pamiętnego dnia byłabym razem z nimi na “pierwszej linii frontu”, ratując życie najciężej poszkodowanych. Miałabym swój moment sławy i chwały, jakkolwiek koszmarnie to brzmi w kontekście czyjejś śmierci lub utraty zdrowia. 

Przez całe życie miałam w sobie tyle kompleksów, ze za wszelką cenę chciałam się jakoś “wykazać” i udowodnić całemu światu, ze jestem czegoś warta. Ale kiedy przyszedł moment, by stanąć twarzą w twarz z rzeczywistym zagrożeniem, moja odwaga niemalże wyparowała. 

South Downs

To w tamtym właśnie czasie po raz pierwszy na poważnie przedyskutowaliśmy z A. kwestię śmierci któregoś z nas. To wtedy podjęliśmy decyzję o przygotowaniu tzw. testamentu życia, czyli naszej woli dotyczącej postępowania medycznego na wypadek, gdyby jedno z nas nie było w stanie samodzielnie podejmować decyzji. Gadaliśmy nawet o pogrzebie! Wiedzieliśmy, ze jeśli któreś z nas zachoruje i zostanie przyjęte do szpitala, w najgorszym scenariuszu po raz ostatni zobaczymy się przed odjazdem karetki pogotowia. W szpitalach obowiązywał zakaz odwiedzin, bez wyjątków: nawet po to, by pożegnać się z umierającym członkiem rodziny. 

Na pierwszy koronawirusowy dyżur jechałam ze łzami w oczach i z obawą w sercu. Na wszelki wypadek przygotowałam cały zestaw ochronnych strategii i procedur.  

Nie miałam pojęcia, czego tak naprawdę mam się spodziewać. Nikt tak naprawdę jeszcze tego do końca nie wiedział.

A potem, jak na zwolnionym filmie, przez kilka miesięcy przewinęło sie jeszcze wiele innych rzeczy.

Opustoszałe centrum Londynu na początku maja i niemal wyludniona o 19 wieczorem stacja kolejowa London Bridge.

Szkolenie dla nowych pracownikow w szpitalu tymczasowym London Nightingale Excel z czterema tysiącami łóżek, który parę dni później jednak zamknięto z powodu małej liczby pacjentów.

Wszechobecne u pracownikow służby zdrowia tzw. koronaselfie. Cały Facebook zapełnił się zdjęciami ludzi w covidowym rynsztunku, w maskach FFP3, ochronnych fartuchach i przyłbicach.

#Clapforourcarers w każdy czwartek o 20.

Kupowanie własnych masek ochronnych, przyłbic i gogli.

#Zostanwdomu. Stay home. Save lives.

Puste niebo nad nami prawie bez samolotów.

Rosnące liczby: nowe zakażenia, zgony, chorzy w szpitalach… Wykresy i diagramy, prasowe konferencje rządu w TV…

Po wakacjach liczba pacjentów z koronawirusem w moim szpitalu zaczęła niebezpiecznie rosnąć. W grudniu zeszłego roku doszła juz prawie do 300! 

W drugiej, jeszcze potężniejszej fali epidemii, która nadeszła tuż po świętach, część moich znajomych została oddelegowana do pracy na OIOM-ie i bloku operacyjnym. Zrobiło się z tego powodu trochę kwasów, bo część ludzi poszła na shielding, część została w tzw. zielonej strefie, a część po prostu wysłano do ciężkiej covidowej harówy za tę samą stawkę godzinową, bez żadnych dodatków ani bonusów.

Mnie tym razem to ominęło, ponieważ mam astmę, która do czasu zmiany leków dość mocno dawała mi się we znaki.

South Downs

Trudno mi przyznać, że po roku zawirowań mentalnie po prostu wysiadam i wyłączam się tak bardzo, jak tylko pozwala mi na to sytuacja. Praca na wysokich obrotach, w nieustannym napięciu, stresie, z ogromem odpowiedzialności i w zbiorowisku ludzi, których imion czy nazwisk nie potrafię czasem spamiętać, jest po prostu nie dla mnie. O ile mogę pogodzić się z widokiem ciężkich chorób, kalectwa i śmierci, o tyle przerasta mnie arogancja, mizoginia, hierarchiczna i sztywna struktura w służbie zdrowia, szalone tempo pracy i #dziadersy na każdym kroku. 

Wciąż jest za to we mnie poczucie „misji”. Nie potrafię i nie chcę wykonywać pracy, która nie wnosi w życie innych żadnych konkretnych wartości. Pomaganie ludziom ma dla mnie ogromny sens. I tego sensu szukam w zajęciach, które mogłabym wykonywać za pieniądze. Chyba jak nigdy wcześniej pandemia koronawirusa uświadomiła nam wszystkim, których zawodów świat naprawdę potrzebuje, a bez których może spokojnie się obejść. Jeśli nie permanentnie, to przynajmniej czasowo.

Gdzieś w maju dotarło do mnie, że jestem już wypalona. Ze jest już we mnie bardzo niewiele motywacji, niewiele zapału i niewiele sił, by dalej to wszystko ciągnąć i udawać, że to praca mojego życia i że nic innego nie chcę poza tym robić.

Doszłam do takiego miejsca, w którym można już tylko stanąć i powiedzieć: “Pieprzyć to wszystko”.

Daję sobie prawo, by wątpić. By mieć wszystkiego dosyć. Bać się i martwić o siebie i bliskich. Wycofywać z podjętych już planów i nie podejmować wyzwań. Zwolnić kroku. Czuć się przytłoczoną przez życie. Przeżywać głębokie emocje. Płakać. Odpuścić sobie. Szukać pomocy. 

Mam za sobą już oba szczepienia na Covid. A. czeka na swoją drugą dawkę. 

Na lęk i depresję szczepień niestety wciąż nie ma. 

“Nie ma na świecie takiego leku, który nadałby sens życiu.”

A jednak warto iść naprzód, przed siebie. Warto, bo przecież nie wszystko jeszcze skończone, nie wszystko zostało opowiedziane. Nawet jeśli nie wszystko trzyma się kupy, warto wziąć siebie i swoje życie w garść. Kto, jak nie ja? Kto, jak nie ty? Trzymam za nas kciuki! 

You Might Also Like

zBLOGowani.pl