Zabawa z przekładem #6. Loulou Robert: Podmiot nieokreślony

Miałam osiem lat, kiedy stało się dla mnie jasne, że nie spędzę tutaj reszty moich dni. Że tutaj nie stanę się kimś. Że nie będę tu nikogo kochała. Że tutaj nic. Niczego nie poczuję i nie doświadczę.

Miałam osiem lat i postanowiłam, że pewnego dnia stad wyjadę. Postawiłam na uczucia. Wybrałam cierpienie. Od tamtej chwili jestem skazana na tę historię.

Loulou Robert : Sujet inconnu (Podmiot nieokreślony)

Wydawnictwo Julliard (2018)

Fragment tekstu w tłumaczeniu autorki bloga

Podmiot nieokreślony

1

 

Myślałam, że mój ból ochroni mnie przed każdą inną formą bólu. Myślałam, że jestem silna. Silniejsza. Niż ty. Niż wszystko inne. Myślałam, że w mojej mocy jest to wszystko zakończyć. Odejść zanim… Zanim co? Nim ty to zrobisz. Ale ty nie odchodzisz. Myślałam, że mam pełną kontrolę. Że jestem rozsądna. To właśnie jest najgorsze. Byłam rozsądna.

Sporo rozmyślałam. Miałam pewność. Myliłam się.

 

Na początek powinnam się przedstawić.

Jesteście ciekawi, czy ta historia jest prawdziwa. Czy osoba, która ją opowiedziała, sama ją przeżyła. Czy jej mózg pracował na tych samych obrotach, co mózg głównej postaci. Bicie serca. Bum. Bum. Bum. Czy to serce było prawdziwe. Czy to serce należało do mnie. To pytanie powraca na każdej stronie książki. W każdej audycji radiowej. Czy to jej glos? W telewizji. Czy to jej twarz? Mogłabym pisać w trzeciej osobie. Mówić: ona. Mówić: ty.

Mówię: ja. Ta historia istnieje. Prawdziwa lub nie. Ona się dzieje. Kogo obchodzi jej prawdziwość. Rzeczywistość nie pisze historii. Ja. Ty. On. Ona nie żyje. Ona nie je. Ona niczego nie czuje. Nie bzyka się. Nie kocha. Nie umiera.

Nie chcę być prawdziwa.

Nie chcę już wiedzieć, kim jestem.

Nie wiem już, kim jestem.

Nie przedstawię się.

 

Mam jakieś wspomnienia. Wiem, skąd pochodzę. Każdy z nas skądś pochodzi.

Ludzie nazywają te część Francji le Grand Est (Wielki Wschód), a przecież nic tam nie jest wielkie. Zawsze uważałam, że ci najwrażliwsi rodzą się na jakimś gównianym zadupiu. Wiedzą, czym jest pustka. Absurd. Sens życia, którego poszukują. I samo życie też. Departamenty: Creuse, Meuse. Miasta jak Vierzon czy Forbach. Zostać tam to jakby zażyć truciznę. Tam domy są jak grobowce. Na próżno uciekasz. Nie wyrzekniesz się własnej matki. Tego, skąd się wziąłeś. Z brzucha matki. Z Wielkiego Wschodu.

Miałam osiem lat, kiedy stało się dla mnie jasne, że nie spędzę tutaj reszty moich dni. Że tutaj nie stanę się kimś. Że nie będę tu nikogo kochała. Że tutaj nic. Niczego nie poczuję i nie doświadczę. Że będę musiała tutaj jakoś przetrwać. By przetrwać, trzeba wyzbyć się uczuć. Że tutaj wszystko jest bezbarwne. Szare. Wszystko. Niebo, ziemia i twarze. Wszystko jest z betonu. Twarde i zimne.

Miałam osiem lat, kiedy jakiś dzieciak napluł na mnie na szkolnym podwórku. Powiedział, że jestem dziwna. Miał rację. Byłam dziwna. Nie dziwna tak po prostu. Bo być dziwnym tak samemu w sobie to wcale nie jest dziwne. Jest się dziwnym w porównaniu do czegoś. Do normy. A jeśli ten chłopak stanowił normę, to faktycznie, ja byłam dziwna.

Miałam osiem lat i postanowiłam, że pewnego dnia stad wyjadę. Postawiłam na uczucia. Wybrałam cierpienie. Od tamtej chwili jestem skazana na tę historię.

Tę której nie chciałam napisać. A jednak ją piszę.

Podmiot nieokreślony

2

 

Dzień, w którym się urodziłam. Grudniowy wieczór. Było zimno, więc od tego czasu mnie jest ciągle zimno.

Dzień, w którym wciągnęłam w płuca powietrze, po czym wybuchnęlam płaczem. A potem płakałam zamiast oddychać.

Dzień, w którym nauczyłam się chodzić. Pływać i jeździć na rowerze. Rzeczy związane z ciałem.

Dzień, w którym nauczyłam się jeść, pić i mówić. Rzeczy, które mają związek z ustami. Całować. Nie umiem śpiewać. Jeszcze się tego nie nauczyłam. Nie sądzę, bym kiedykolwiek się nauczyła.

Dzień, w którym dowiedziałam się, że będę się uczyć.

Dzień, w którym zaczęłam czytać. To było w zerówce. Książka miała obrazki. Była to opowieść o wielorybie i pilocie, co wylądował niechcący na jego grzbiecie i tak zostali kumplami. Na ostatniej stronie poczułam smutek. Nie dlatego, że kończyło się źle. Bo zrozumiałam słowo Koniec.

 

Dni zebrane do kupy. Liczą się. Naznaczają. Uderzają. Ranią. Dają siłę. Zderzają się. Lata. Litry. Kilogramy. Kilometry. Liczymy. Odliczamy. Tik-tak. Czas biegnie dalej. Nigdy się nie zatrzyma. Tik-tak. Nawet w dniu, kiedy wszystko się kończy, on wciąż podąża swoją drogą. Dla ścisłości: jest tylko jedna droga.

Mogłam zostać księgową. Plusy i minusy. Wynik. Jasne i proste. Tylko się nie pomyl.  Skreślać. Sprawdzać. Stukać palcami w klawisze. Jeszcze raz sprawdzić. Wszystko jest poukładane. Precyzyjne. Porządek i doskonałość. Powinnam była zostać księgową.

Nie lubię matematyki.

Nie jestem zorganizowana.

Nie jestem dokładna.

Nie jestem doskonała.

Nie jestem księgową.

Podmiot nieokreślony

Miał na imię Matthieu. Nie lubił mojego imienia. Ani tego, że zaczęłam czytać i pisać wcześniej niż on. Tego, że moja matka była ładniejsza od jego. Że przeskoczyłam jedną klasę. Że kojarzono nazwisko mojego ojca, a nie jego. Że moje drugie śniadanie wyglądało inaczej niż jego. Że sprawiałam wrażenie, jakby miała w dupie, co myśli. Że mam w torbie pluszową maskotkę.

Kilka słów o mojej maskotce. Byłam dziwna. Nie miałam więc przyjaciół. Miałam Sama. Sam był myszą, która bardziej przypominała psa niż mysz. Miał dwie kulki zamiast oczu. I smutne spojrzenie. Zawsze gotowy, by mnie wysłuchać. Sam nigdy się ze mnie nie śmiał. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Rozumieliśmy się. Milczenie ma więcej mocy niż słowa.

Na przerwie Matthieu kradnie Sama z mojej torby. Szukam go. Wewnętrzna kieszeń mojego plecaka jest pusta. Nie uroniłam ani jednej łzy po śmierci mojego dziadka. Śmierć nie istniała. A przecież kochałam dziadka. Ale fakt, że nie mogłam go już nigdy więcej zobaczyć, nie sprawiał, że czułam się smutna. Czy na tym polega ta znieczulica ludzi z le Grand Est? Nie wiem. Wiem, że nie płakałam, a po powrocie z pogrzebu pobiegłam do mojego pokoju, żeby zobaczyć się z Samem. Sam, mój przyjaciel. Sam, mój anioł. Sam, jedyna istota, za którą mogłabym zatęsknić. Tak właśnie myślałam, kiedy miałam osiem lat.

Ani śladu po Samie. Wybiegam na dwór. Grupka chłopców rechocze na mój widok. Matthieu jest ich szefem. Matthieu, powtarzający klasę kurdupel. Z aparatem na zębach. I czekoladową obwódką wokół ust. W markowych adidasach i z plecakiem w Pokemony. Ten sam Matthieu, który kilka dni wcześniej mnie opluł. Matthieu, którego imię i twarz ginęły gdzieś w masie. Masie Wielkiego Wschodu. Matthieu, który trzymał Sama za uszy. Ruszyłam na niego.

Nie jestem zwolennikiem przemocy, ale rzuciłam się na niego i byłam brutalna.

Podmiot nieokreślony

W tamtych czasach ćwiczyłam judo. Moja matka próbowała nade mną jakoś zapanować. Miałam dużo energii, którą kierowałam na niewłaściwe tory. Cięłam zasłony, włosy i dywany. Uwielbiałam wycinać z nich różne formy. A przecież miałam walizkę pełną przebrań, ale wolałam zasłony. W dniu, kiedy sięgnęłam do rzeczy z szafy mojej matki, dostałam od niej w twarz, a chwile później byłam już zapisana na judo. Lubiłam judo, bo byłam silna. Lubiłam być silna. Walczyłam z dziewczynami, większymi, mniejszymi, grubszymi i wygrywałam. Walczyłam z pyszałkowatymi i dumnymi chłopakami i wygrywałam. Walczyłam sama. Równość. Byłam dobrym przeciwnikiem. Jedynie pustka mogła mnie pokonać. Nawet po tylu latach wciąż staram się ją oswoić. Moja matka mówiła do mnie: mój żołnierzyku. To było takie słodkie i fajne. Ale przecież było inaczej. Żołnierz jest posłuszny rozkazom. Ja nie reagowałam na żadne polecenia. Nie miałam nad sobą szefa. Miałam osiem lat, a w dupie wszelkie autorytety. Sam był moim przyjacielem. Sam mnie potrzebował. Stanęłam na tatami.

Hajime. W gotowości. Utrzymać pozycje. Kontrolować oddech. I serce. Spokojnie. Obrót. Wytrzymać jego wzrok. Przeciwnik jest kiepski. Nic nie rozumie. Pierwsze podejście. Gari. On potyka się i chwieje. Podnoszę go za kołnierz. Wokół nas tworzy się krąg. Sam wylatuje w powietrze i uderza o ścianę. Przeciwnik kontratakuje, podcina mi nogę, ale nie przewracam się. Jestem wściekła. Sam leży na ziemi. Powstrzymuję oddech. Moje oczy. Moje serce. Nie upadam. Duszę. Shime. To mu się nie spodobało. Krzyczy. Nikt nie rzuca się z pomocą. Jestem górą. Sam leży nieruchomo. Sabaki, robię szybki unik. Oczy mojego przyjaciela: czarna dziura. Śmierć nie istniała, aż do tego dnia. Nie płaczę. Jestem wkurzona. Jestem brutalna. Tsukomi, pcham. Głowa przy głowie. Jego usta poruszają się. Nie słucham. Słucham Sama. Oddycham Samem. Jestem Samem. Jestem zemstą. Hane, uderzam. Matthieu parska śmiechem. Chwytam go za rękaw. Wdech. Za kołnierz, z całej siły. Morote: obiema rękami. Goshi: biodro. Wykonuję obrót. Kata: ramię. Wydech. Mordka Sama zwrócona w moja stronę. Zemsta.

Nie jestem agresywna, chyba że ktoś mnie do tego zmusi.

Waza-ari-awate-ipon.

Wróg powalony na ziemię. W podartych spodniach, z twarzą czerwoną ze wstydu. To ten sam chłopak, który mnie obraził i opluł. Podbiegłam do Sama. W toalecie rozpłakałam się. Oczy Sama już nie patrzyły na mnie. Sam był martwy a śmierć żywa.

Ucałowałam Sama i obiecałam mu, że nie zostanę, żeby tu zdechnąć.

Że wyjadę, że będę kochać i czuć do upadłego.

Zawsze dotrzymuję obietnic.

Wyszłam, trzymając w ręce martwą maskotkę. Całą edukację przeszłam z martwą maskotką w dłoni. Byłam dziwna i miałam obietnicę do spełnienia.

 

 

***

Zdjęcia: Unsplash (1. Anthony Tran, 2. Kristina Tripkovic, 3. Danil Kuzelev, 4. Bernard Hermant, 5. Rawpixel

 

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl