Zagubione kroki. Opowiadania krótkie, bardzo krótkie i te nieco dłuższe

Dziś rano René Desessendre zmarł na szkarlatynę. Wczoraj – na zapalenie płuc. Dwa dni temu – na sepsę, a dzień wcześniej – na raka trzustki. Poprzednio zaś René Desessendre’a zabrały z tego świata błonica, zapalenie opon mózgowych, otępienie wczesne, wścieklizna i czarna śmierć… Ta lista nie miała końca.

zagubione kroki

Tego roku René Desessendre wielokrotnie i bardzo szybko umierał z powodu różnych chorób: aktualnych i tych wytępionych, śmiertelnych i uleczalnych, ciężkich lub też całkiem błahych schorzeń. Za pierwszym razem zgubiło go zwykłe przeziębienie. Fatalne bywały dla niego również omdlenia, a od niedawna także różne drobne dolegliwości, jak choćby wrastający paznokieć dwa tygodnie temu. U René Desessendre’a pojawiło się również kilka widowiskowych i nieznanych nikomu chorób, które znikały tego samego dnia wraz z jego śmiercią.

Aż do dnia, gdy uczuciowy dramat wywrócił mu życie do góry nogami, René Desessendre był stałym klientem lokalnych SOR-ów, których pracownicy przywykli już patrzeć, jak umiera o każdej porze dnia i nocy. Lekarze na ostrym dyżurze nie uwijali się już jak w ukropie, by ratować mu życie. Zamiast tego obstawiali między sobą datę i przyczynę kolejnego zgonu pana Desessendre’a. René miał również nielimitowaną wejściówkę do kostnicy we wszystkich szpitalach w mieście. Jego pracodawca był nim zachwycony: dzięki swoim nadzwyczajnym doświadczeniom i spotkaniom ze śmiercią, René Desessendre był idealnym rozmówcą w centrum prewencji samobójstw. Z kolei żona traktowała go nad wyraz chłodno od czasów, gdy firma ubezpieczeniowa anulowała małżonkowi, który uparcie i regularnie powracał z zaświatów, lukratywną polisę na życie.

zagubione korki

René umierał więc bez ustanku, ale za to nie na długo: zaledwie kilka godzin, najwyżej jeden dzień. Powstawał przy tym z martwych tak prędko, zanim jeszcze nowina o jego śmierci dotarła do otoczenia, że nikt po nim nawet nie płakał. René tracił przez to być może jedyną okazję, by w końcu zyskać jakąś bratnią duszę.

Żona i dwójka dzieci nękały go tak długo, aż w końcu zgodził się sprzedać swoje zgony mediom. Kto wie, może dzięki temu im wszystkim udałoby się zyskać nieco sławy i popularności, a przy okazji pokazać się światu w korzystnym świetle!

Uzgodniono więc, że René będzie filmowany codziennie przez cały tydzień, w trakcie którego miał co najmniej trzy razy zejść z tego świata. Dziecinnie proste! Telewizyjny reportaż był czystą formalnością, więc rodzina René szykowała się już do tego, by zacząć nowe dostatnie życie gdzieś w ciepłych krajach. Kamery śledziły René najpierw przez jeden, potem drugi, trzeci i w końcu czwarty tydzień, daremnie jednak: ni jednego zgonu, ni jednej męki czy choroby, lub choćby maleńkiej niedyspozycji. Przed kamerami René Desessendre czuł w sobie więcej życia kiedykolwiek przedtem. Trzydziestego dnia umowa została anulowana.

zagubione kroki

Nazajutrz rano, w porze śniadania, René – w pełni świadomy, że oto pogrzebał marzenia najbliższych, targany przez lęk i wyrzuty sumienia, męczony ponurymi, ciskającymi gromy spojrzeniami rodziny – miał czelność zejść na zawał serca. Wściekła żona zostawiła go martwego w towarzystwie much, a wieczorem, kiedy zmartwychwstał, wymierzyła mu siarczyste policzki. Zaoferowano mu fortunę, byle tylko choć parę razy kopnął w kalendarz i kilka razy ożył, a on po tym wszystkim tak po prostu spokojnie umiera przy śniadaniu! Nie miał nawet na tyle przyzwoitości, żeby zdechnąć w odpowiednim momencie! Na takie dictum René, któremu twarz opuchła od żoninych ciosów, po prostu wyzionął ducha. Dla pani Desessendre była to kropla, która przepełniła czarę goryczy. Wezwawszy pogotowie, bez zbędnych ceregieli wystawiła za drzwi jeszcze ciepłe mężowskie ciało.

Kiedy wiec następnego ranka René Desessendre powrócił w kostnicy do grona żywych, zapobiegliwi lekarze zadbali o to, by nie został przeniesiony gdzie indziej: to właśnie w prosektorium medycy poinformowali go o tym, że żona zażądała rozwodu. Leżąc na wózku do transportu chorych, tuż obok kilkunastu innych nieboszczyków, nagi i przykryty jedynie białym prześcieradłem, spod którego widać było tylko jego zmartwiałą sinopopielatą twarz, René Desessendre wybuchnął płaczem, po czym popełnił samobójstwo, z całej siły przygryzając wargi.

Kilka sekund agonii położyło kres nie tylko jego życiu, lecz również ostrej depresji, która i tak uśmierciłaby go w kilka minut, gdyby tylko starczyło mu sił, by poczekać. Jeszcze tego samego dnia w szpitalu wielokrotnie wyzionął ducha, pokonany zapaścią i rożnymi formami samobójstwa. Każdy powrót do życia oznaczał bowiem dla niego konfrontację z nieznośną porażką miłosną. W końcu zaś, wyczerpany własną hekatombą, został przewieziony na OIOM, gdzie mógł wreszcie odpocząć i stopniowo powrócić do zdrowia. Kiedy lekarze zapewnili go, że może już wrócić do domu, wolał pozostać nieco dłużej w szpitalu. Nie podzielał też ich optymizmu. W rzeczy samej, jeszcze tego samego wieczoru, René po raz kolejny umarł.

zagubione kroki

Kilka tygodni pozniej, po zakończonym postepowaniu rozwodowym, René Desessendre zmuszony był zamieszkać w smutnym dwupokojowym mieszkaniu, a jego zdrowie – już wówczas kiepskie – znacznie się pogorszyło.

Musiał też zrezygnować z jakiejkolwiek działalności zarobkowej, gdyż umierał teraz z byle powodu: wystarczyły na przykład mordercze spojrzenia sąsiadów prześladowanych przez nieustające wycie syreny pogotowia ratunkowego, nuda lub poczucie bezsensu istnienia, i już po nim.

Dla rodziny i lekarzy szybko stało się wiec jasne, iż lepiej będzie przenieść go na stałe do kostnicy, ponieważ przez większość czasu i tak był martwy. René stanowczo odrzucił tę makabryczną perspektywę, która przyprawiała go o zimne dreszcze. I to właśnie te dreszcze wyprawiły go na tamten świat podczas narady rodzinnej, kiedy miano podjąć decyzję o jego dalszym losie. Rodzina wykorzystała tę nagłą śmierć i natychmiast przewiozła go do najbliższego prosektorium, gdzie do tej pory żyje, jeśli można to tak nazwać.

Od czasu do czasu René Desessendre ucieka z kostnicy, ale ponieważ w sąsiedztwie wszyscy go znają, zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, która go grzecznie odprowadzi do szpitala i położy do snu w jakimś pomieszczeniu w piwnicy pośród innych czekających tam nieboszczyków.

Etienne Verhasselt

Les pas perdus. Nouvelles courtes, très courtes, un peu plus longues

Zagubione kroki. Opowiadania krótkie, bardzo krótkie i te nieco dłuższe)

(wydawnictwo Le Tripode, 2018, Belgia)

Opowiadanie w tłumaczeniu autorki bloga

 

Follow my blog with Bloglovin

Zdjecia: rawpixel , Martha Dominguez , Danielle Dolson , Martha Dominguez (Unsplash)

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl
x Shield Logo
This Site Is Protected By
The Shield →