Jakie fajne życie! Angielski ogród w hrabstwie Sussex

Obserwując rano mojego pręgowanego kocura, jak przeciąga się beztrosko w słońcu, a potem niespiesznym krokiem oddala w stronę otoczonego tatarakiem stawu w ogrodzie sąsiadów, po prostu mu zazdroszczę. Jakie fajne życie!

Nic chyba mocniej nie uszczęśliwia jak poczucie bliskości z naturą…

Gdy rano siadam przy biurku, z wpółotwartym oknem dachowym na poddaszu, z widokiem na ogród, strzelistą ścianę drzew oraz spory kawałek bezchmurnego nieba, z oddali dobiegają moich uszu przeciągłe, jakby tęskne i miaukliwe nawoływania kolonii myszołowów. A tych w okolicy pełnej pól i zagajników nie brakuje. Wciąż też śmigają tu jaskółki oknówki. One jeszcze nie wybierają się w daleką podróż zwiastującą koniec lata. Oby zostały tu aż do września…

angielski ogród

                                                                                                 Tekst i zdjęcia: Lena Bloor

Kurka wodna o zabawnych, wielkich żółtych stopach doczekała się już kolejnej garstki potomstwa z drugiego lęgu. Kokoszka z wielką powagą prowadzi swoje ptasie dzieci, podsuwając im do dzióbków co smakowitsze kąski. Może pływaczka z niej nie najlepsza, ale za to jakie ma długie nogi! A jak szybko biega! Nawet nie próbuj jej dogonić! 

Parę razy widziałam też, jak z wysokości gałęzi wiśniowego drzewka podbiera ziarna z karmnika, z gracją właściwą ptasim drobiazgom, jak choćby sikorki. Całkiem jak nie kur(k)a. W jej ślady wkrótce poszły okoliczne gołębie grzywacze, co w try miga uszczupliło zapasy ptasiego jedzenia, które trzymam w jednej z kuchennych szafek.

Nasz kot regularnie, lecz bezskutecznie próbuje zasadzić się na gołębie, czołgając się z brzuchem tuż przy ziemi niczym partyzant w lesie. Ale one wbrew pozorom takie głupie nie są, żeby się na te kocie zasadzki nabrać! 

angielski ogród

Do karmnika przestały za to zaglądać wiewiórki szare (te amerykańskie, co podobno w przeciągu stulecia “wygryzły” wiewiórki rude w Zjednoczonym Królestwie). Pewnie przestały im smakować mieszanki ziaren, które wysypuję ptakom, albo też mają już w bród orzechów, żołędzi i innych przysmaków, a nie tam jakichś zwykłych ziaren.

Nie dalej jak przedwczoraj przez otwarte na oścież drzwi wpadł z niespodziewaną wizytą ciekawski rudzik. Kot oblizał się ze smakiem na jego widok, został jednak taktownie, lecz stanowczo wyproszony za drzwi. I tyle go widzieli. Pootwieraliśmy wszystkie drzwi i okna i usiedliśmy w ogrodzie, żeby dać rudzikowi trochę prywatności i szansę na ucieczkę. 

Po rudziku nie ma już śladu, choć do karmnika regularnie zaglądają jego pobratymcy, głośno i gorliwie przeganiając inne ptaki. Choć niewielki, jest rudzik zaskakująco zadziorny, zwłaszcza gdy przyjdzie mu bronić swojego ogrodowego terytorium.

angielski ogród

Najczęstszymi gośćmi naszej ogrodowej jadłodajni dla ptaków są oczywiście sikorki modre i bogatki, choć swego czasu zaglądał tu także kowalik zwyczajny, który jako jeden z nielicznych ptaków potrafi chodzić po pniach drzew głową w dół. Ten ciekawy z wyglądu ptaszek ma białe policzki i coś w rodzaju maseczki Zorro w postaci czarnego paska przebiegającego od oka aż po boki szyi. 

Swoją angielską nazwę (nuthatch) zawdzięcza kowalik nietypowemu zwyczajowi wbijania dużych orzechów i żołędzi w korę drzew, które następnie ostrym dziobem rozbija w taki sposób, by smakowita zawartość “wykluła” się ze swojej skorupki niczym pisklę z jajka. 

A skoro już o jajku mowa, to nie dalej jak parę dni temu mój mąż znalazł na podjeździe ptasie jajo w kolorze kremowej bieli. Niestety, już bez lokatora. Wygląda na to, że nasz kot (tego nie jestem pewna) znalazł jakimś cudem gołębie gniazdo, być może grzywaczy (bo tych w okolicy akurat tu najwięcej) lub sierpówek i zrobił sobie małą ucztę. A pustą już skorupkę pozostawił dla nas niczym posępne trofeum… Nawet nad wydmuszkę się nie nada… 

angielski ogród

Usiądź wygodnie i pozwól trawie rosnąć, proszą nas naukowcy. No Mow May (Nie koś trawnika w maju) już dawno za nami, ale moi sąsiedzi co i rusz wyciągają swoje napędzane benzyną hałaśliwe kosiarki i z uporem maniaka robią ze swoich trawników wyschnięte na wiór klepiska.

Jak podaje czasopismo Biological Conservation, 97% kwietnych łąk zniknęło z krajobrazu Wielkiej Brytanii od lat 30. ubiegłego wieku. Od tego czasu zmniejszyła się też drastycznie krajowa populacja owadów zapylających: w ciągu zaledwie 30 lat z każdego kilometra kwadratowego ubyło około 11 gatunków pszczół i bzygowatych (owadów podobnych do os i pszczół)! Swój udział ma w tym nie tylko stosowanie insektycydów, lecz również utrata naturalnych siedlisk i… my, ludzie.

A przecież kwietną łąkę, lub chociaż jej namiastkę, można mieć nawet na balkonie lub patio. Wystarczy paczuszka nasion, trochę ziemi kompostowej i kilka skrzynek balkonowych. Późno, bo późno, ale dzięki temu doczekałam się kolorów przed domem: maki, bławatki, stokrotki…

angielski ogród

Dom, w którym obecnie mieszkamy, stoi na skraju małej wsi położonej jakieś 15 km na północ od Brighton a 60 km na południe od Londynu, między parkiem narodowym w pasmie wzgórz South Downs a słynnym Stumilowym Lasem (Ashdown Forest), gdzie mieszkał ponoć Kubuś Puchatek i jego przyjaciele. 

Niby wszędzie stąd blisko, a jednak wystarczająco daleko, by czuć się po prostu jak na wsi, z dala od miejskiego życia, hałasu, ulicznego ruchu i uciążliwych (czytaj: głośnych i upierdliwych) sąsiadów. Z najbliższego miasteczka, położonego tuż przy głównej linii kolejowej łączącej stolicę z wybrzeżem kanału La Manche, do Brighton można już dojechać w 15 minut, a do centrum Londynu – na dworzec królowej Wiktorii – w 45. 

Jakby tego było mało, dojazd do lotniska Gatwick zajmuje około 15 minut, a jednak moja mała wioska sprawia wrażenie, jakby leżała gdzieś na końcu świata a nie w pobliżu kilkumilionowej metropolii. 

angielski ogród

Podobnego zdania – że jest tu jak na końcu świata i o jedną milę dalej – są też zapewne miejscowe lisy, jeże i inna zwierzęca drobnica, która codziennie przewija się przez nasz ogród (i sąsiednie ogródki). 

Pobliską drogą, która ciągnie się malowniczo przez las i pola, przejeżdża co 10-15 minut może jeden samochód. Stoi na niej między innymi znak drogowy ostrzegający kierowców, że przez drogę przechodzą tędy … nie, nie sarny czy dziki, tylko żaby…

U sąsiada w stawie roi się nie tylko od żab, ale i ropuch. Te ostatnie, ropuchy szare, często wpadają do nas w odwiedziny, zwłaszcza późnym wieczorem, kiedy udają się na żer. Łatwo je złapać, gdy niezgrabnie gramolą się wśród wysokich pędów trawy i kwietnych rabatek, a potem trzymając delikatnie w dłoniach, patrzeć prosto w ich wielkie oczy o złotawej tęczówce. Ich chropowata, pokryta brodawkami skora przypomina trochę w dotyku napompowany balonik.

angielski ogród

Po drugiej stronie asfaltowej szosy mamy na lewo już tylko pola i las, gdzieniegdzie poprzecinane zabudowaniami, a po prawej parterowe budynki lokalnej szkoły podstawowej. W tym roku „nasze” pole obsadzono kukurydzą, w zeszłym – żytem (pszenicą), zgaduję więc, że w przyszłym roku znów będzie tam złocić się zboże. W sam raz na instagramowe zdjęcia z cyklu summer vibes, czyż nie?

Na „naszym” polu po przeciwnej stronie drogi rosną też stare, rozłożyste dęby. Na ich gałęziach, na czubku miejscowo ogołoconym z liści lubi przesiadywać tutejsza i „nasza” czapla siwa, która na zimę zostaje w kraju. Czapla ma to do siebie, że może długi czas siedzieć nieruchomo niczym egipska statuetka świętego ptaka Benu o esowato wygiętej szyi i długich nogach. Pieczeń z czapli była ponoć w średniowiecznej Anglii prawdziwym rarytasem na ucztach. Cóż, ja jednak wole moja czaple żywą.  

Młode w gnieździe kwiczą podobnie do prosiąt, czytam o czaplach w internecie. Już od dłuższego czasu zastanawiam się, co tak uparcie i niezdarnie skrzeczy już od paru miesięcy w gałęziach wysokich drzew w ogrodzie i… nie wiem, kawki to czy coś innego?

angielski ogród

Lubię usiąść przed domem, z kubkiem kawy w ręku, lub kieliszkiem wina (to już rzadko), i przyglądać się, jak wokół kwiatów lawendy, tej z uszkami, uwijają się trzmiele. To łagodne, urocze i pracowite owady: nieustannie poszukują kwiatowego nektaru i wysysają go swoim długim języczkiem.

Ze względu na swój rozmiar i beczułkowatość, trzmiele sprawiają wrażenie, że nie zostały stworzone do latania przez prawa fizyki. Z pełnym żołądkiem maj ą energii jedynie na 40 minut lotu! A niektóre z nich oddalają się od rodzinnego gniazda nawet na pięć do dziesięciu kilometrów! Ich skrzydła osiągają przy tym zawrotną prędkość 200 uderzeń na sekundę.

Moim ulubieńcem jest trzmiel ziemny (Bombus terrestris, what an epic name!). Owad ten, jak inne pszczołowate, nosi ubranko w czarno-żółte paski, ale jego „ogonek” jest biały, trochę tak jak u dzikiego królika. Jeśli przyjrzeć mu się z bliska, można zauważyć na jego odnóżach koszyczki wypełnione pyłkiem.

Już niedługo cykl życia trzmielowych kolonii dobiegnie końca, a owady znikną z naszych ogrodów na kilka długich miesięcy. Korzystam więc z okazji, by – jak pszczoła nektar – uzbierać jak najwięcej pięknych wspomnień lata, które pozwolą mi przetrwać kolejną zimę.

Jak napisał poeta Yates w swoim wierszu Poletko trawy: “Co pozostaje: obraz, książka, / Poletko trawy, by pomału / Móc spacerować i oddychać -“. 

 

 

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl