WE FRANCJI

Jak wyglądała moja nauka francuskiego? Od “comme ci, comme ça” w podstawówce po studia we Francji

14/02/2022
nauka francuskiego

Rok 2022 jest dla mnie podwójnie szczególny. Niemal 20 lat temu w październiku po raz pierwszy na dłużej wyjechałam do Francji – na stypendium Erasmusa. Z kolei jeszcze trzy lata temu mieszkaliśmy z mężem we Francji w pobliżu Grenoble – w przeuroczej, maleńkiej górskiej wiosce w Alpach. Choć od tego czasu upłynęło już wiele wody, powoli planujemy powrót do Francji, choć już nie w Alpy. Możliwe, że nastąpi to już w przyszłym roku lub za dwa lata, choć na zupełnie innych zasadach, w innym miejscu, z inną pracą.

Muszę przyznać, że z Francją od pewnego czasu łączy mnie coś w rodzaju love-hate relationship. Choć podziwiam francuską kulturę, sztukę, kuchnię i krajobrazy, a także przepiękny język, mój stosunek do Francuzów zmienił się na przestrzeni lat. Trudno mi pogodzić się z tym, że Francuzi jako nacja do najprzyjemniejszych w kontakcie nie należą.

Do ich narodowych przywar zaliczyłabym między innymi zrzędliwość, uszczypliwość i częstą niestosowną ironię, niechęć do obcokrajowców i poczucie wyjątkowości na tle innych nacji połączone z niewielką ciekawością wobec tego, co nie jest francuskie. I legendarną wręcz niechęć do Anglików, którą potrafią wyjątkowo perfidnie zademonstrować. Ach, oraz upierdliwą manię poprawiania kogoś, kto próbuje wysłowić się po francusku.

 

nauka francuskiego

Jak to się wszystko zaczęło, czyli moje pierwsze lata z językiem francuskim.

Co zabawne, ja wcale francuskiego nie wybrałam. To Francja i jej język wybrały mnie. Trudno powiedzieć, jak to się stało, że w zwykłej poznańskiej osiedlowej podstawówce-molochu dyrekcja szkoły zamiast nauczyciela angielskiego zatrudniła romanistę. Był to początek lat 90, a ja zaczęłam właśnie piątą klasę.

Byliśmy pierwszym rocznikiem, który zamiast angielskiego, że o rosyjskim nie wspominając, miał w zamian lekcje francuskiego. Nowego pana od francuza nazywaliśmy czasami mało oryginalnie Bążurem. A Bążur podszedł do swojej pracy naprawdę poważnie. I w rezultacie zamiast typowo szkolnych popierdółek, które nikomu nie służą, otrzymaliśmy solidne podstawy języka francuskiego, przynajmniej na poziomie do ogarnięcia przez wczesnych nastolatków.

Mój rodzinny Poznań do dziś jest partnerskim miastem bretońskiego Rennes. Pamiętam, że miało nawet dojść do uczniowskiej wymiany ze szkołą w departamencie Ille-et-Villaine, ale w ostateczności to nie wypaliło. Pisaliśmy nawet łamaną francuszczyzną jakieś listy do naszych rówieśników we Francji. Moja francuska pen-palka miała ponoć malować na jedwabiu i jeździć konno.

Odbyła się za to wycieczka do Paryża. Rok 1994, ósma klasa. Mój absolutnie pierwszy raz za granicą. Pierwszy paszport w kieszeni, wypełniony później stempelkami z różnych krajów. Do Francji pojechaliśmy jakimś absolutnym autokarowym rzęchem. Cud, że w ogóle udało nam się tam dotrzeć w jednym kawałku.

Nocowaliśmy w Formule 1 – najtańszym z możliwych hoteli gdzieś na obrzeżach paryskich blokowisk przeciętych obwodnicą. Po Paryżu jeździliśmy wtedy metrem – cud, że nikt się nie zgubił i nikogo nie uprowadzono. Pamiętam, jak w tzw. czasie wolnym wszyscy rozbiegali się grupkami Bóg wie gdzie. Jak jeden mąż lecieliśmy wtedy do MacDo na “ąbergera” i szejki.

Z tej wycieczki do dziś pamiętam wieżę Eiffle’a, cmentarz Père Lachaise, centrum Pompidou, katedrę Notre Dame, Luwr i Wersal, w którym się prawie zgubiłam. Ponieważ jednym z opiekunów był znienawidzony przez nas katecheta, zaliczyliśmy też mszę w Notre Dame, gdzie siedzieliśmy przez godzinę jak na tureckim kazaniu.

Pamiętam także zakupy w taniutkiej sieciówce Tati (której już nie ma), ciemnoskórych sprzedawców tandetnych pamiątek przed Luwrem (nic się do tej pory nie zmieniło), kolorowy tłum na ulicach, snujących się tu i ówdzie dziwnych typów i ten “powiew luksusu”, który nas oszałamiał. W osiedlowym supermarkecie w pobliżu hotelu wózki pobierało się za wrzuceniem monety – wtedy jeszcze franków. Tego też nie znaliśmy z polskiego codziennego życia. Rzeczy oczywiste, które dziś są jak chleb powszedni, miały wtedy posmak lepszego świata.

Na balu ósmoklasistów na jednym z wymalowanych uczniowską ręką plakatów widniała bodajże karykatura biednego Bążura z podpisem: “Voulez-vous coucher avec moi ce soir?” (Czy chcesz się dziś wieczorem ze mną przespać?). Jak do tego doszło, nie wiem.

nauka francuskiego

A w liceum była jazda bez trzymanki!

Naturalną koleją rzeczy wybrałam francuski. Pechowo jednak trafiłam do klasy, w której oprócz mnie i jeszcze jednej osoby wszyscy od dłuższego czasu uczyli się angielskiego. Kiedy ja po angielsku nie umiałam się nawet przedstawić, niektórzy z moich znajomych w drugiej klasie liceum mieli już zaawansowane certyfikaty. Z kolei na francuskim to ja umierałam z nudów, kiedy wszyscy dukali „Je m’appelle…” albo odmieniali etre (być) i avoir (mieć). Nietrudno zgadnąć, że byłam ulubienicą profesorki.

Bylam na tyle “znana” ze swojej znajomosci francuskiego, ze kolezanki prosily mnie na przyklad o tlumaczenie piosenek Celine Dion z jej slynnej plyty D’Eux

nauka francuskiego

Zbieg okoliczności sprawił, że w połowie liceum postanowiłam zmienić szkołę i trafiłam do klasy, gdzie francuskiego było aż po kokardę. Musiałam nawet zdać specjalny test (pisemny i ustny), aby zostać przyjęta. Francuskiego uczyła dyrektorka – z doktoratem o wykorzystywaniu narzędzi multimedialnych (audio, radio, TV) do nauki języka. Dyra była również tłumaczką przysięgłą. Co jak co, francuski miała w malutkim paluszku. To u niej w sierpniu stanęłam więc na „egzaminie”, u boku byłych już uczniów poprawiających ustną maturę. Dowiedziałam się wtedy, że po francusku mówię dużo lepiej niż owi maturzyści.

Francuzica miała przeogromne wymagania, bez namysłu stawiała pały, a kąśliwymi, sarkastycznymi uwagami rzucała lepiej niż wujek-cięta-riposta. I co najważniejsze: w czasie lekcji mówiła wyłącznie po francusku i tego samego oczekiwała – z rożnym rezultatem – od swoich uczniów

Lekcje zaczynała nieodmiennie od przepytywania. Venez ici avec votre cahier (Proszę przyjść tutaj ze swoim zeszytem)… Mister lub Mrs (tak się do nas zwracała) i tu padało nazwisko. Nieszczęśnikowi stojącemu pod tablicą przeglądała zeszyt, bezlitośnie kreśląc błędy, aż czerwień jej długopisu zalewała zapisaną kartkę. Wypracowania na zadany temat należało wcześniej wkuć na pamięć i drżącym ze strachu głosem wyartykułować przed całą klasą.

Inną formą tortury było pisanie na tablicy ze słuchu rzeczowników lub nieregularnych form czasownikowych. Od wypowiedzi ustnych nie było ucieczki. Jeśli nie przy nauczycielskim biurku, to z własnej ławki – nikomu się nie upiekło. Mówienie po francusku czy udzielanie odpowiedzi w czasie lekcji na zadane pytania było absolutną podstawą.

Do tego dochodziły pisemne testy, zadania domowe w postaci lektur w oryginale, przeróżne rozprawki i praca w grupach. Jeśli dobrze pamiętam, mieliśmy chyba sześć godzin francuskiego tygodniowo. Sporo czasu wypełniało odsłuchiwanie (wtedy jeszcze na taśmie magnetofonowej) rożnego rodzaju nagrań: od słuchowisk radiowych po piosenki.

Oglądaliśmy również fragmenty programów telewizyjnych, na przykład wiadomości. Po powrocie z wakacji w 1997 roku przez bodajże miesiąc lub dwa wałkowaliśmy śmierć księżnej Diany i jej medialny pogrzeb. Do dziś dzwięczy mi w głowie ten odgłos pstryknięcia przycisku w magnetofonie, zwiastujący zatrzymanie taśmy i słynne już: Et alors? (No słucham, co zapamiętaliscie z nagrania?)

nauka francuskiego

Profesorka miała zwyczaj, by przed lekcją – tuż po dzwonku, gdy staliśmy w równym rządku przed salą – lustrować nas od stóp do głów, przechadzając się z rękoma założonymi z tyłu niczym mały Napoleon w spódnicy w czasie przeglądu wojsk. Jej uwagi nie umykały ani makijaże, ani nowy kolor włosów, ani buty na obcasach czy minikiecki.

Była chodzącą legendą. Baliśmy się jej jak ognia, a jednocześnie po cichu uwielbialiśmy. Mieliśmy ubaw z jej manieryzmów, powiedzonek i outfitów, a jednocześnie poczucie, że jako jedna z niewielu nauczycieli faktycznie nas uczyła. I nauczyła. Jej oceny – choć surowe – były sprawiedliwe. Pały z francuskiego złapał chyba każdy z wyjątkiem klasowej prymuski.

W trzeciej klasie zabrała nas na kilkutygodniową wymianę do Francji. Do dziś żałuję, że mnie tam nie było. Choć moi rodzice z pewnością wykosztowaliby się na tę wyprawę, ze strachu przed kompromitacją wolałam zostać w Polsce, razem z resztą klasy. Byłam przekonana, że na pewno sobie nie poradzę i nie będę umiała się z nikim dogadać. O samej wymianie krążyło wiele legend i anegdot. Ja spijałam je z ust przyjaciół niczym wyborne wino.

Pod koniec czwartej klasy pisemną maturę z francuskiego zdawało pewnie z 13 osób. Przed częścią pisemną pochowaliśmy w żeńskiej i męskiej ubikacji słowniki i inne materiały, z których można było w ostateczności, w akcie rozpaczy, ściągnąć. Tylko dwom osobom postawiła piątkę. Ja musiałam zadowolić się czwórką, za to na egzaminie ustnym razem z moim najlepszym kumplem dostaliśmy (tak!) szóstkę. Szok totalny i jeszcze większa radość. Duma rozpierała nas jeszcze przed dobrych kilka miesięcy, jeśli nie dłużej.

Kilka osób z mojej klasy poszło na romanistykę, a parę dziewczyn prosto po liceum wyjechało do Francji i tam już zostało. Sporo z nas na studiach (z różnych dziedzin) spędziło rok na stypendiach na francuskich uczelniach.

nauka francuskiego

Stara miłość nie rdzewieje.

Wraz z rozpoczęciem studiów stało się dla mnie jasne, że przygoda z francuskim jeszcze się nie skończyła. Ona się teraz dopiero miała rozkręcić na dobre.

Czasami żałuję, że nie zdecydowałam się na studia na romanistyce, ale wtedy powtarzam sobie, że przecież francuski i tak znam (choć zawsze jest coś, co można ulepszyć), a lepiej przecież mieć jakiś konkretny zawód i umiejętności.

Od pierwszego roku studiów zastanawiałam, jak by tu wyjechać na stypendium do Francji. W tym celu wielokrotnie bywałam w uczelnianym biurze Erasmusa. Tam z przejęciem wertowałam jakąś obszerna księgę zawierającą informacje o francuskich uczelniach. Bo ja z internetu tak na dobre zaczęłam korzystać chyba dopiero w 2000 roku. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to jak przedpotopowa epoka, kiedy to “niczego nie było”.

W międzyczasie trochę na krzywy ryj zapisałam się na kurs francuskiego dla studentów prawa. Prowadzącego zajęcia Francuza zapewniłam, że oczywiście mam pozwolenie od kierownika studiów. Rzecz jasna niczego takiego nigdy nie otrzymałam. Kurs miał formę lektoratu o tematyce głównie prawno-biznesowej, co nigdy nie było moim konikiem. Co najwyżej zaś konikiem Garbuskiem.

Przemyśliwałam też, jak by tu pokierować pracą magisterską, żeby wyjazd do Francji stal się niezbędny i absolutnie konieczny. W ostateczności – choć temat ten pociągnęłam do końca – wybrany projekt zwyczajnie znienawidziłam. I do dziś się zastanawiam, po co właściwie go wybrałam, choć z początku wydawało mi się, że trafiłam w totka.

Za moich czasów na Erasmusa mogli wyjechać wyłącznie studenci czwartego lub piątego roku. Z wysoką średnią i konkretnym projektem badawczym. Dla miłośników francuskiego były wyłącznie dwie opcje: Bruksela lub Strasburg. Bruksele z góry odrzuciłam jako „niefrancuska”. Strasburg natomiast jawił się mi jako mekka francuskości oraz mityczna i daleka kraina niemalże mlekiem i miodem płynąca.

 

nauka francuskiego

Do Francji wyjechałam na początku października 2002 roku. Do Strasburga dotarłam wczesnym rankiem po kilkunastogodzinnej podróży autokarem. Pamiętam wjazd do miasta zaraz za mostem granicznym na Renie. Moim oczom ukazały się najpierw dzielnice przemysłowe i ponure blokowiska. Dzień był szary i smętny. Moj pokój w akademiku (jedynka!) przypominał więzienną celę z pryczą, stołem pod ścianą i umywalką w kącie.

Postanowiłam wyruszyć w miasto. Moment, w którym wężowato długi tramwaj, który na każdym przystanku z pomocą dżingla informował, gdzie się znajdujemy, wjechał na tzw. starówkę, przesądził o wszystkim. Stało się. Od tej chwili Strasburg był MOIM miastem. Ukochanym, najlepszym z najlepszych. Z przecudownym i romantycznym, otoczonym kanałami starym miastem. Wprost stworzonym do długich przechadzek i studenckiego życia. 

Spędziłam tam niezwykle fascynujący, choć jednocześnie dość trudny rok w moim życiu. Miałam 250 euro miesięcznie stypendium. Za akademik płaciłam chyba 120. Miałam tez oszczędności, ale resztę musiałam wypracować sama. W weekendy jeździłam do znajomych Polaków studiujących wtedy w Nancy (Lotaryngia). Jakże tam było uroczo! Jeśli kiedyś przypadkiem znajdziecie się w Nancy, koniecznie idźcie na plac Stanisława!

Jeśli chodzi o mój francuski, to bywało różnie. Czasami na zajęciach rozumiałam tyle, co nic. Nie mogłam dogadać się w banku czy urzędzie, bo akurat wyleciało mi z głowy jakieś słówko czy wyrażenie. Zetknięcie z mówionym językiem, takim prawdziwie francuskim, również było niemałym szokiem. Francuski pisany to przecież nie to samo, co codzienny, czasami byle jaki język mówiony. A jeśli do tego dojdzie jeszcze slang, to okazuje się, że książkowa znajomość języka po prostu nie wystarcza. 

Osobna kwestia to porozumiewanie się na poziomie akademickim, nie tylko w formie pisemnej. Jednak w ciągu tamtego roku udało mi się ten francuski doszlifować i wznieść na poziomy, o których kiedyś mogłabym tylko pomarzyć.

 

nauka francuskiego

Do Francji wróciłam w 2004 roku. Spędziłam kilka miesięcy na wolontariacie w Dijon, mieszkając w samym sercu wiekowego miasta, na starówce. A pozna jesienią pojechałam na włóczęgę po Lazurowym Wybrzeżu, zatrzymując się na zimę w pobliżu Antibes. Choć dzisiaj ten czas najlepiej podsumowuje czasownik “wałkonić się”, to mimo wszystko chętnie zgodziłabym się jeszcze raz na takie nicnierobienie na Riwierze Francuskiej, w otoczeniu turkusowego morza i strzelistych palm. Teraz także chciałabym powylegiwać się w dniu urodzin na śródziemnomorskiej plaży, odziana jedynie w kostium kąpielowy. 

Do Strasburga zas pojechalam ponownie w 2005 roku, by rozpocząć roczne studia DEA na romanistyce, które we Francji są odpowiednikiem ostatniego roku studiów magisterskich. Mój francuski był wówczas na tyle dobry, bym mogła sobie pozwolić na tak odważny krok. Tym razem sama załatwiłam wszystkie formalności, łącznie z naprawdę fajnym, kameralnym akademikiem, gdzie miałam swoje minimieszkanko. Czesne kosztowało wtedy około 300 euro za rok. Otrzymałam też kartę pobytu i pozwolenie na pracę. Tak, tak, wtedy jeszcze rynek pracy we Francji był dla Polaków praktycznie zamknięty. Zmiany nastąpiły dopiero w 2008 roku. Wolno mi więc było pracować wyłącznie 20 godzin tygodniowo, a papiery sprawdzano wówczas wyjątkowo dokładnie. Praca na czarno raczej nie wchodziła więc w rachubę. 

Ponieważ ukończenie pracy dyplomowej zajęło mi więcej czasu, niż pierwotnie zakładałam, na kolejny rok studiów przeniosłam się do Lille (na północy Francji), gdzie znalazłam chętnego promotora. I tam właśnie uzyskałam francuski dyplom Master. Miałam wówczas nadzieję, że będę mogła rozpocząć tam studia doktoranckie, jednak te (nadzieje, nie studia) zostały bardzo prędko brutalnie rozwiane. Nie dość, że możliwość uzyskania stypendium była naprawdę niewielka, to już szansa na posadę na uczelni – prawie zerowa. Ze smutkiem pogrzebałam więc te plany, tym bardziej że po skończeniu magisterki we Francji miałam już 28 lat. Czas było skończyć te wieczne studia i zabrać się do normalnej pracy. 

Prawie zapomniałabym dodać, że aż trzykrotnie starałam się o stypendium francuskiego rządu dla studentów planujących studia magisterskie bądź doktoranckie we Francji. Za pierwszym razem dostałam grzeczną odmowę, a za drugim nawet nie rozpatrzono mojego wniosku, gdyż nie zdążyłam w terminie przesłać wszystkich dokumentów. Dopiero trzecia próba zakończyła się sukcesem: dzięki stypendium miałam nie tylko opłacany przez rok akademik, ale również fundusze na zakup sprzętu (typu komputer) czy książek, oraz ponad 700 euro miesięcznie na własne wydatki. Nie była to może kosmiczna kwota, ale 15 lat temu pozwalała jednak na spokojne przetrwanie bez konieczności martwienia się o dodatkowe fundusze. Francuska strona pokrywała również koszty ubezpieczenia zdrowotnego i czesne na uczelni. 

Tych kilka lat spędzonych we Francji pozwoliło mi na opanowanie języka na poziomie C1. Nie sądzę, bym nawet w szczycie swoich możliwości językowych otarła się o poziom native (C2), zwłaszcza że nigdy nie skończyłam pięcioletnich studiow na filologii francuskiej. 

nauka francuskiego

 

Od czasu, gdy ponad 12 lat temu przeniosłam się na stałe do Anglii, we Francji bywałam głównie na wakacjach: Dinan (Bretania), Dolina Loary, Dordogne, Marsylia, Awinion (w trakcie słynnego festiwalu teatralnego), Poitou-Charentes, Alpy… Zanim poznałam mojego męża, latałam solo do Paryża ma spotkania ze znajomymi. Przez pięć miesięcy mieszkaliśmy też z mężem we francuskich Alpach, o czym wielokrotnie pisałam tu na blogu.

Moj francuski nie jest już tak dobry jak paręnaście lat temu, choć staram się jak najczęściej go używać. Od lat słucham tej samej stacji radiowej (France Inter), moim zdaniem najlepszej, oglądam francuskie filmy i seriale, czytam też sporo książek, nie tylko beletrystyki. Dla własnej przyjemności tłumaczę fragmenty francuskich powieści (zajrzyj do zakładki Zabawa z przekladem- fragmenty ksiazek). W planach mam – jeśli to wypali – przekład na język polski nagrodzonej ostatnio powieści dla młodzieży. Coraz częściej myślimy też o tym, by znów przeprowadzić się do Francji. 

Brakuje mi jedynie kontaktu z językiem mówionym, a to przecież płynność oraz tzw. flow, a także umiejętne poruszanie się po manowcach mowy codziennej i potocznej,  sprawiają, że dobrze i pewnie czujemy się, rozmawiajac z tubylcami. 

 

(Zdjecia do tekstu pochodza ze strony unsplash.com / All pictures: unsplash.com)

You Might Also Like

zBLOGowani.pl