Ja i francuskie Alpy

“W mieście człowiek nigdy nie bywał sam, mógł być samotny czy ignorowany, ale wszędzie unosił się rozgwar innych ludzi, nawet w domu słyszało się ich na zewnątrz w samochodach albo paplających na ulicy. Tutaj towarzyszyły mu tylko jaskółki.”*

Nie wiem, co urzekło mnie bardziej: czy gwarne i beztroskie pogaduszki świerszczy w wysokiej trawie, czy melodyjne pobrzękiwanie pasterskich dzwonków na szyjach alpejskich krów, czy może porażające swoją wielkością wzniesienia i szczyty jak okiem sięgnąć, otaczające mnie z każdej strony niczym górskie olbrzymy zaklęte w skale…

Nie wiem też, co bardziej mnie niepokoiło: może ta mgła płynąca w zygzakach spomiędzy strzelistych jak gotyk wież iglaków, czy może przeraźliwa do bólu cisza opustoszałych po sezonie narciarskich kurortów, a może porzucone w smętnych resztkach śniegu korki od zeszlorocznego szampana wypitego na stoku… A może właśnie te porażające wielkością szczyty jak okiem sięgnąć naokoło, bez końca, jakby bez kresu, przytłaczające, zwaliste, groźne…

Nie wiem również, jak to się stało, że z tego mieszczucha, co tkwił we mnie głęboko przez lata, wypełzła jak ćma na światło dzienne ze szczelnego kokona przekonań i przyzwyczajeń ONA, a rozpostarłszy sklejone skrzydełka, zatrzepotała radośnie w pierwszych promieniach wiosennego swiatła. Ona, czyli wieś. Nie żebym nagle sprościała, schłopiała i schamiała (ze tak sparafrazuję Barbarę Niechcicową), co to to nie!

Któż by jednak przypuszczał, że choć jeszcze dwa lata temu duszę oddałabym za to, by na stale osiąść w Paryżu, to obecnie – z małą zadrą w sercu i dobrze ukrywanym  żalątkiem (bratem mniejszym żalu)  – z chęcią pogrążę się w urokach życia na pustkowiu, z dala od ludzi i grzechów wielkiego miasta, za to blisko natury, blisko ciszy, blisko chmur… w Alpach?

A przecież nie stało się to w jednej chwili.

Nie od razu, miła nie od razu,

Nie od razu stopisz serca mego lód!

francuskie Alpy

Więc kiedy?

Kiedy upaprane błotem buty do wędrówek stały się częściej noszone niż szpilki i wypastowane trzewiki?

Kiedy elegancki miastowy płaszcz z wełny i kaszmiru zastępuje wiatrówka i parka z futrzanym kapturem?

Kiedy głównym motywem zdjęć staje się natura i krajobrazy a nie wnętrza, architektura i przedmioty?

Kiedy łatwiej rozpoznać głosy ptaków niż najnowsze hity muzyczne?

Kiedy fajniej jest dokarmiać ptaki zamiast uzupełniać “feedy” na insta lub fejsie?

Kiedy fajniej jest oglądać na żywo, jak rosną kijanki w domowym “akwarium” zrobionym z plastikowego pudełka niż wgapiać się w kolejny sezon serialu w TV?

Kiedy w progu domu (tak dosłownie) staje głodny bażant w poszukiwaniu ziaren?

Kiedy zamiast wieczoru w klubie lub na starówce wychodzi się na pole pełne pszenicy i ogląda czerwcowe zachody słońca?

Kiedy zaczyna się kupować książki o ptakach, botanice, płazach czy insektach (niepotrzebne skreslić)?

Kiedy zasypia się w absolutnej ciszy przerywanej jedynie pohukiwaniem puszczyka za oknem, chichotem bandy lisków czy ochrypłym dyszkantem przestraszonego bażanta?

Kiedy pory roku odmierza się, obserwując wiśniowe drzewko w ogrodzie?

Kiedy znalezioną na parapecie zdechłą muchę albo osę podrzuca się do sieci pająkowi na ganku? A może kiedy pająk dostaje swoje imię (Borys)?

Kiedy spod kratki pod rynienką deszczową wyciąga się przemoczonego do suchej nitki nietoperza, który właśnie prawie się utopił?

Kiedy zachodzisz w głowę, dokąd odleciała tutejsza czapla siwa (taka swojska, lokalna, prawie jak polski bociek)i kiedy znowu przysiądzie na pobliskim drzewie, z szyją wcisniętą w ramiona : nieruchoma, czujna, niemal jak święty ptak Benu z egipskich hieroglifów?

francuskie Alpy

Nie wiadomo, kiedy i jak to się staje, że wieś w końcu wychodzi z człowieka. Nie z każdego i nie zawsze. Ale się staje. I dzieje samo z siebie.

A stąd już całkiem bliska droga do tego, by się z tą wsią oswoić, polubić ją, a może nawet się zaprzyjaźnić.

Na tę wieś wyjechać i wsiąknąć w nią na dobre.

francuskie Alpy

Nie wiem, co urzekło mnie bardziej: ośnieżone alpejskie stoki, gdzie przyszło mi po raz pierwszy w życiu szusować na nartach, czy może alpejska wiosna: rozbuchana w dolinach i wciąż nieśmiała, na szczytach, jakby niepewna, czy to już aby czas, czy już można. Surowe i niedostępne krajobrazy tylko dla śmiałków czy może łagodne zbocza u podnóża Alp, porośnięte miękką, wysoką i soczystą trawą, ze szmaragdowym okiem polodowcowych jezior i siecią wąskich dróg wśród pól i łąk.

Do głowy by mi nie przyszło, by się pchać na te wyżyny w celu innym niż turystyczny: tu zima, tu śnieg, tu daleko, tu za wysoko, co za odludzie, tak samotnie, tu znów za dużo snobizmu, tu nieładnie, tam za drogo, tu za bardzo alpejsko i niewystarczająco jak we Francji… Nie dogodzisz!

Ach, i nie o wakacje tu się już rozchodzi, ale o to, by się tu zatrzymać na dłużej. Ochłonąć. Zapuścić korzenie. Dom na razie tylko wynająć. Ogród własny mieć. I może psa wziąć ze schroniska. Przytulic kota. Dorzucić drewna do kominka. Zasypiać pod bokiem Alp. Czekać na pierwszy śnieg w listopadzie i wściekać się, że w kwietniu wciąż zalega za oknem. Malo, wiele, wystarczająco. Na krócej, na dłużej, na resztę życia. Nieznośnie długo. Na próbę. Na dobre i na złe. W zdrowiu i w chorobie.

francuskie Alpy

Mnie nie po drodze z górskimi szczytami, myślałam.

Co innego wędrówka szlakiem na studenckich wakacjach, co innego narty i śnieg w ulubionym kurorcie. Co innego zaś góry na okrągło, rok w rok, rok cały, i to pustkowie, i ta wieś, i ta natura tak blisko, że aż podchodzi pod drzwi i domaga się, by ją wpuścić.

Ej ty, nie tak prędko – odpowiadam jej w myślach – poczekaj tylko, aż się tam wprowadzę, ja ci jeszcze pokażę.

Ty mnie Alpami nie strasz.

Ty mi lepiej powiedz, co dla mnie masz na tych francuskich szczytach.

Nie sposób z góry to przewidzieć.

Ale głowa do góry.

Ktoś tam u góry wyraźnie cię lubi.

Będzie dobrze.

 

 

 

Zdjęcia:

1 i 5: unsplash.com

2,3 i 4: Lena Bloor

*N. Solomons

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl