WE FRANCJI

Ja i francuskie Alpy

11/06/2018

“W mieście człowiek nigdy nie bywał sam, mógł być samotny czy ignorowany, ale wszędzie unosił się rozgwar innych ludzi, nawet w domu słyszało się ich na zewnątrz w samochodach albo paplających na ulicy. Tutaj towarzyszyły mu tylko jaskółki.”*

Nie wiem, co urzekło mnie bardziej: czy gwarne i beztroskie pogaduszki świerszczy w wysokiej trawie, czy melodyjne pobrzękiwanie pasterskich dzwonków na szyjach alpejskich krów, czy może porażające swoją wielkością wzniesienia i szczyty jak okiem sięgnąć, otaczające mnie z każdej strony niczym górskie olbrzymy zaklęte w skale…

Nie wiem też, co bardziej mnie niepokoiło: może ta mgła płynąca w zygzakach spomiędzy strzelistych jak gotyk wież iglaków, czy może przeraźliwa do bólu cisza opustoszałych po sezonie narciarskich kurortów, a może porzucone w smętnych resztkach śniegu korki od zeszlorocznego szampana wypitego na stoku… A może właśnie te porażające wielkością szczyty jak okiem sięgnąć naokoło, bez końca, jakby bez kresu, przytłaczające, zwaliste, groźne…

Nie wiem również, jak to się stało, że z tego mieszczucha, co tkwił we mnie głęboko przez lata, wypełzła jak ćma na światło dzienne ze szczelnego kokona przekonań i przyzwyczajeń ONA, a rozpostarłszy sklejone skrzydełka, zatrzepotała radośnie w pierwszych promieniach wiosennego swiatła. Ona, czyli wieś. Nie żebym nagle sprościała, schłopiała i schamiała (ze tak sparafrazuję Barbarę Niechcicową), co to to nie!

Któż by jednak przypuszczał, że choć jeszcze dwa lata temu duszę oddałabym za to, by na stale osiąść w Paryżu, to obecnie – z małą zadrą w sercu i dobrze ukrywanym  żalątkiem (bratem mniejszym żalu)  – z chęcią pogrążę się w urokach życia na pustkowiu, z dala od ludzi i grzechów wielkiego miasta, za to blisko natury, blisko ciszy, blisko chmur… w Alpach?

A przecież nie stało się to w jednej chwili.

Nie od razu, miła nie od razu,

Nie od razu stopisz serca mego lód!

Więc kiedy?

Kiedy upaprane błotem buty do wędrówek stały się częściej noszone niż szpilki i wypastowane trzewiki?

Kiedy elegancki miastowy płaszcz z wełny i kaszmiru zastępuje wiatrówka i parka z futrzanym kapturem?

Kiedy głównym motywem zdjęć staje się natura i krajobrazy a nie wnętrza, architektura i przedmioty?

Kiedy łatwiej rozpoznać głosy ptaków niż najnowsze hity muzyczne?

Kiedy fajniej jest dokarmiać ptaki zamiast uzupełniać “feedy” na insta lub fejsie?

Kiedy fajniej jest oglądać na żywo, jak rosną kijanki w domowym “akwarium” zrobionym z plastikowego pudełka niż wgapiać się w kolejny sezon serialu w TV?

Kiedy w progu domu (tak dosłownie) staje głodny bażant w poszukiwaniu ziaren?

Kiedy zamiast wieczoru w klubie lub na starówce wychodzi się na pole pełne pszenicy i ogląda czerwcowe zachody słońca?

Kiedy zaczyna się kupować książki o ptakach, botanice, płazach czy insektach (niepotrzebne skreslić)?

Kiedy zasypia się w absolutnej ciszy przerywanej jedynie pohukiwaniem puszczyka za oknem, chichotem bandy lisków czy ochrypłym dyszkantem przestraszonego bażanta?

Kiedy pory roku odmierza się, obserwując wiśniowe drzewko w ogrodzie?

Kiedy znalezioną na parapecie zdechłą muchę albo osę podrzuca się do sieci pająkowi na ganku? A może kiedy pająk dostaje swoje imię (Borys)?

Kiedy spod kratki pod rynienką deszczową wyciąga się przemoczonego do suchej nitki nietoperza, który właśnie prawie się utopił?

Kiedy zachodzisz w głowę, dokąd odleciała tutejsza czapla siwa (taka swojska, lokalna, prawie jak polski bociek)i kiedy znowu przysiądzie na pobliskim drzewie, z szyją wcisniętą w ramiona : nieruchoma, czujna, niemal jak święty ptak Benu z egipskich hieroglifów?

 

Nie wiadomo, kiedy i jak to się staje, że wieś w końcu wychodzi z człowieka. Nie z każdego i nie zawsze. Ale się staje. I dzieje samo z siebie.

A stąd już całkiem bliska droga do tego, by się z tą wsią oswoić, polubić ją, a może nawet się zaprzyjaźnić.

Na tę wieś wyjechać i wsiąknąć w nią na dobre.

Nie wiem, co urzekło mnie bardziej: ośnieżone alpejskie stoki, gdzie przyszło mi po raz pierwszy w życiu szusować na nartach, czy może alpejska wiosna: rozbuchana w dolinach i wciąż nieśmiała, na szczytach, jakby niepewna, czy to już aby czas, czy już można. Surowe i niedostępne krajobrazy tylko dla śmiałków czy może łagodne zbocza u podnóża Alp, porośnięte miękką, wysoką i soczystą trawą, ze szmaragdowym okiem polodowcowych jezior i siecią wąskich dróg wśród pól i łąk.

Do głowy by mi nie przyszło, by się pchać na te wyżyny w celu innym niż turystyczny: tu zima, tu śnieg, tu daleko, tu za wysoko, co za odludzie, tak samotnie, tu znów za dużo snobizmu, tu nieładnie, tam za drogo, tu za bardzo alpejsko i niewystarczająco jak we Francji… Nie dogodzisz!

Ach, i nie o wakacje tu się już rozchodzi, ale o to, by się tu zatrzymać na dłużej. Ochłonąć. Zapuścić korzenie. Dom na razie tylko wynająć. Ogród własny mieć. I może psa wziąć ze schroniska. Przytulic kota. Dorzucić drewna do kominka. Zasypiać pod bokiem Alp. Czekać na pierwszy śnieg w listopadzie i wściekać się, że w kwietniu wciąż zalega za oknem. Malo, wiele, wystarczająco. Na krócej, na dłużej, na resztę życia. Nieznośnie długo. Na próbę. Na dobre i na złe. W zdrowiu i w chorobie.

Mnie nie po drodze z górskimi szczytami, myślałam.

Co innego wędrówka szlakiem na studenckich wakacjach, co innego narty i śnieg w ulubionym kurorcie. Co innego zaś góry na okrągło, rok w rok, rok cały, i to pustkowie, i ta wieś, i ta natura tak blisko, że aż podchodzi pod drzwi i domaga się, by ją wpuścić.

Ej ty, nie tak prędko – odpowiadam jej w myślach – poczekaj tylko, aż się tam wprowadzę, ja ci jeszcze pokażę.

Ty mnie Alpami nie strasz.

Ty mi lepiej powiedz, co dla mnie masz na tych francuskich szczytach.

Nie sposób z góry to przewidzieć.

Ale głowa do góry.

Ktoś tam u góry wyraźnie cię lubi.

Będzie dobrze.

You Might Also Like

zBLOGowani.pl