Blue Monday. Moja odpowiedź na depresję

Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny poniedziałek roku, o którym tak chętnie informują różnej maści media, to tak naprawdę zwyczajna bujda na resorach, wymyślona ponad dekadę temu dla potrzeb marketingowych pewnej firmy turystycznej. Albo inaczej mówiąc: gówno prawda.

Tym niemniej temat pozostaje ważny i jak najbardziej na czasie: ponad 300 milionów ludzi na całym świecie zmaga się z depresją (4% ogółu populacji), która częściej dotyka kobiet niż mężczyzn. Co roku około 800 tysięcy osób popełnia samobójstwo, będące drugą w kolejności przyczyną zgonów u młodych ludzi w wieku 15-29 lat. Co 40 sekund ktoś odbiera sobie życie. W ten sposób ginie więcej ludzi niż w wyniku zabójstw (500 tysięcy), wojen i klęsk żywiołowych (po 200 tysięcy)!

Jako osoba od lat zmagająca się z nawracającą depresją, z jedną w szczegółach zaplanowaną, choć nigdy do końca nie przeprowadzoną, próbą samobójstwa na koncie – wiem dobrze, jak groźna, niszcząca i lekceważona jednocześnie (przez otoczenie, przyjaciół a nawet bliskich) może być siła depresji. Nawet tej odpowiednio leczonej.

Tymczasem według Światowej Organizacji Zdrowia na całym świecie niecałe 50% chorych na depresję otrzymuje właściwe leczenie (w wielu krajach zaledwie 10%)! Ja miałam to szczęście, że żaden z lekarzy (no, może jeden) nie zlekceważył moich objawów i zamiast leczenia antydepresantami nie zaproponował durnych porad w rodzaju: „naucz się technik relaksacji”, „porozmawiaj z kimś bliskim”, „idź na spacer do lasu”, „popłacz sobie”, czy wreszcie „weź się w garść, inni mają gorzej”.

Sandor Marai pisał kiedyś: „Pewnego dnia budzisz się, przecierasz oczy: już nie wiesz, dlaczego się obudziłeś. To, co pokazuje słońce, znasz dokładnie: wiosnę albo zimę, dekoracje życia, pogodę, porządek dnia. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego, nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego, niezwyczajnego, budzącego grozę, ponieważ znasz każdą szansę, na wszystko już liczyłeś, nie czekasz już na nic, ani na złe, ani na dobre… to właśnie jest starość”. Dla mnie równie dobrze tak mogłaby brzmieć definicja głębokiej depresji. Nie czekać już na nic, ani na złe, ani na dobre. Znam to aż za dobrze z autopsji. I Ty może też. Może w innej formie, może w innym natężeniu, może w zupełnie innych okolicznościach życiowych, ale i tak zapewne wiesz, o czym mówię.

W historii mojej depresji, która ciągnie się już od ponad dwunastu lat, jedno jest pewne: antydepresanty uratowały mi dupę (dosadnie mówiąc). W najczarniejszym momencie mojego życia, kiedy byłam już tylko o krok od „ostatecznego rozwiązania”, pomógł mi jednak bardziej zbieg okoliczności niż cokolwiek innego (leki, terapia, zmiana sytuacji życiowej etc.).

„Poczołgałam się z powrotem do łóżka i naciągnęłam prześcieradło na głowę. Ponieważ jednak przepuszczało światło, wtuliłam twarz w poduszkę, żeby stworzyć złudzenie, że jest noc. Zastanawiałam się nad tym, czy nie należałoby może wstać, ale nie mogłam znaleźć żadnego powodu. Nic na mnie nie czekało.”

(S. Plath)

Od bliskiej mi osoby, z którą wówczas dzieliłam mieszkanie (a którą miałam za przyjaciela), zamiast wsparcia i zrozumienia otrzymałam sporą porcję krytyki, niechęci, a nawet źle ukrywanej wrogości. Nawet wówczas, gdy w głębokiej depresji pracowałam na pełen etat, a nawet brałam nadgodziny, i nawet wtedy, gdy dojazdy do i z pracy zabierały mi do trzech godzin dziennie.

Dziś nie jesteśmy już przyjaciółmi. Żal mi oczywiście wieloletniej przyjaźni, jednak od tego czasu nauczyłam się, by toksycznych ludzi w miarę możliwości wykreślać z mojego życia lub przynajmniej drastycznie ograniczać kontakty (co nie zawsze jest możliwe, jak choćby w pracy). Nauczyłam się też dbać najpierw o sama siebie. Troszczyć o własne szczęście. Domagać szacunku i zrozumienia moich potrzeb.

Od prawie roku nie biorę już antydepresantów, ale zdaję sobie sprawę z tego, że depresja wciąż czai się gdzieś w cieniu, czyhając na ten właściwy moment, by znowu uderzyć. Czynnikiem wyzwalającym może przecież stać się coś niepozornego i drobnego, niekoniecznie zaś wielka życiowa katastrofa. Być może stres w pracy, może problemy zdrowotne, a może poczucie wypalenia (w moim przypadku: chęć przeprowadzki do innego kraju) albo jakieś bliżej niesprecyzowane mal de vivre.

Nic nie wskazuje na to, że ni stąd ni zowąd ozdrowiałam. Z całą pewnością jest mi jednak lepiej. Niemałą rolę odgrywają tu czynniki zewnętrzne: szczęśliwy związek, stabilna póki co sytuacja zawodowa, a także hobby i plany na przyszłość. Poczucie bezpieczeństwa i satysfakcji jest jednak kruche i wątpliwe niczym cienka tafla lodu w czasie odwilży. Jest w tym coś niepokojącego. Coś jak bolesne ukłucie w sercu. Świadomość, że depresja – choć uleczalna lub przynajmniej poddająca się kontroli – uderza znienacka, nie tylko w „niebieskie poniedziałki”. I nie tylko w styczniu. Powraca niczym źle licho. Nie ma bowiem na świecie takiego leku, który nadałby sens życiu, pisała w swojej Psychozie 4.48 Sarah Kane.

I może to właśnie w depresji jest najgorsze: ten wewnętrzny sens życia, którego gdzieś brakuje (permanentnie lub tylko chwilami), a który tak ciężko odnaleźć gdzieś poza sobą. Nie tylko odnaleźć, ale i zatrzymać.

 

 

 

Zdjecia:

Alexander Kunz

Volkan Olmez

Michal Grosicki

 

zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl