2018, czyli osiem dobrych rzeczy

“To zabawne – jako dzieci wierzymy, że możemy zostać, kim chcemy, znaleźć się tam, gdzie zapragniemy, bez ograniczeń. Oczekujemy czegoś niezwykłego, wierzymy w magię. Potem dorastamy i mijają lata niewinności. W nasze życie wkrada się rzeczywistość i nagle zdajemy sobie sprawę, że nie możemy zostać tym, kim chcemy, i musimy się zadowolić czymś pośledniejszym.

Dlaczego ludzie przestają w siebie wierzyć? Dlaczego pozwalają, aby ich życiem rządziły fakty, liczby – wszystko, tylko nie marzenia? ” *

Rok 2018: sukcesy i porażki. Jak było?

Bywało różnie: raz na wozie, raz pod wozem. Ze łzami w oczach: ze szczęścia i z bezsilności. Ze słońcem w kieszeniach i z fiołkami w głowie. Z wielkimi planami i wielkimi rozczarowaniami. Z głową w chmurach i mocno stąpając po ziemi.

Było i minęło.

Zmarnowało się trochę czasu, a trochę czasu zyskało.

Nauka nie poszła w las, choć niektóre życiowe egzaminy zdążyło się parę razy oblać.

Były wielkie plany, dużo gadania i mało działania.

Działania, które przyniosły rezultaty odmienne od oczekiwanych.

Były okruchy szczęścia i gorzkie pigułki prawdy.

Solidne ulewy, czarne chmury nad głową i ubłocone buty.

Śmiech i łzy. Wzloty i upadki. Straty i zyski. Ot, jak to w życiu.

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

Co udało się zrealizować w tym roku?

  1. Ślub we wrześniu

„A potem przychodzi TEN dzień. NASZ dzień. 24 września.

Oślepiający strumień światła ostatnich pogodnych dni września.

Młoda to ja – już wcale nie taka młoda. Młody to on – widzę go w garniturze pierwszy raz w tym roku i zapewne ostatni.

Młoda jest naturalna, taka skromna i mało weselna. Za to wzruszona, przejęta i taka promienna.

W sukience do kolan jak żywcem ze ślubnych zdjęć swojej mamy, z jednym kwiatem w kasztanowych falach włosów. W pożyczonych od koleżanki pudrowych sandałkach na obcasie. Z pierścionkiem za dziesięć funtów, bo innego przecież nie trzeba. Z jesiennym bukietem w dłoni. Ten bukiet młoda zasuszy potem na wieczna pamiątkę.

Tylko my i świadkowie. Tak zwyczajnie, tak prosto, tak po prostu.

Innego ślubu nie będzie. Dziś jest NASZ czas i nasz moment. Uświęcenie codzienności.  Celebracja miłości. Spróbuj nie chcieć jej wcale, wtedy przyjdzie sama. *

A młody uśmiecha się do mnie i porozumiewawczo mruga okiem jak kot, którego rozpieszcza życie.

Długo i szczęśliwie.”

Wrzesien: co zapamietamy

 

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

2. Przeprowadzka do Francji

Przeprowadziłam się razem z mężem z powrotem do Francji z Wielkiej Brytanii (wiadomo: Brexit) zaledwie na początku listopada tego roku, a już zaczynam tego żałować… To nie jest już ta sama Francja sprzed parunastu lat, którą znam i lubię. Odnoszę wrażenie, że miałam w głowie jakiś wyimaginowany i mocno przerysowany obraz Francji, który właśnie zaczął się sypać, ukazując spod warstwy świeżego tynku swoją prawdziwą, chwilami przerażającą, zmurszałą, odrapaną i zniszczoną fasadę… Klamka zapadła, już tu jesteśmy, wpakowaliśmy w to nasze francuskie życie niemało pieniędzy, wysiłku i czasu. Wciąż jednak przyplątują się myśli, czy to jest aby moje miejsce na ziemi, a jeśli nie, to gdzie ono tak naprawdę jest? Jeśli nie Francja, to gdzie?

To, co miało być w zamierzeniu początkiem nowego życia i fascynującą przygodą, od samego niemalże startu przypomina jakąś kiepską farsę z nie do końca przemyślanym scenariuszem, której akcja odpłynęła gdzieś w niewłaściwym kierunku.

Zastanawiam się, czy te dwa pierwsze, a przy tym dość niefortunne miesiące we Francji (po dziewięciu latach pobytu w Anglii) nie uleczyły mnie z jednostronnej – jak widać – i nieodwzajemnionej fascynacji i miłości do Francji.

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

3. Nowa praca we Francji

Było aż tak źle, że po prostu rzuciłam ją po zaledwie dwóch tygodniach. Po prostu poszłam do kadr i wręczyłam wypowiedzenie z komentarzem, że jeszcze nigdy w całej mojej karierze zawodowej nie pracowałam w tak koszmarnym, nielojalnym i chamskim zespole, wśród młodych (w przeważającej większości młodszych ode mnie) ludzi pozbawionych zwyczajnej kindersztuby, empatii i życzliwości (także dla pacjentów), którym za to nie brakuje tupetu. Powiedziałabym wręcz, ze mogliby posłużyć jako wzorzec z Sevres klasycznego mobbingu!

Tydzień później dostałam email od głównej menedżerki z prośbą o spotkanie. To z nią przez wiele miesięcy prowadziłam rozmowy w sprawie pracy i uznania moich kwalifikacji: od samego początku wydała mi się sympatyczną i rzeczową babką, z takim – można by powiedzieć – matczynym podejściem do zagranicznych pracowników. Zaproponowała mi, bym na próbę spędziła dwa dni w innym zespole i… wróciła do pracy. Zgodziłam się na to, choć przyznam szczerze – zupełnie straciłam ochotę i entuzjazm do wszelkiej pracy zarobkowej we Francji.

Postanowiłam jednak dać sobie przynajmniej kilka miesięcy na adaptację i poradzenie sobie z czymś, co można by określić mianem zawodowego szoku kulturowego. Byłam przekonana, że pewne normy i procedury obowiązują obecnie w całej Europie. I tu się myliłam: Wielka Brytania przyzwyczaiła mnie do naprawdę wyśrubowanych standardów. Francja jest pod tym względem dość daleko w tyle…

Jeśli wszystko pójdzie zupełnie nie po mojej myśli, to pewnie będziemy musieli wracać do Anglii. Czas pokaże, czy warto być optymistą…

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

4. Uzyskanie zaświadczenia o uznaniu moich brytyjskich kwalifikacji we Francji i rejestracja zawodowa

Od kilku lat pracuję jako pielęgniarka na bloku operacyjnym: mam uprawnienia instrumentariuszki i asystentki chirurga, pielęgniarki na sali wybudzeniowej i asystentki anestezjologicznej. Kiedy jakiś czas temu podjęłam decyzję o zdobyciu nowych kwalifikacji, moim celem było zdobycie umiejętności, które pozwolą mi nie tylko na pracę zgodną z moimi zainteresowaniami (od zawsze pasjonowała mnie biologia i medycyna), ale również dadzą mi solidną pozycję na rynku pracy w wielu krajach. A ten zawód właśnie taki jest. W wolnych chwilach mogę zajmować się pisaniem i tłumaczeniami, czyli tym, co daje mi najwięcej satysfakcji. A w pozostałe dni pracuje na bloku operacyjnym. To porządne, przydatne dla innych, wymagające zajęcie. Stresuje, ale i daje satysfakcję.

Sześć miesięcy: tyle mniej więcej czasu upłynęło od wysłania dokumentów do Francji aż do dnia, w którym otrzymałam swój numer rejestracyjny we francuskiej Izbie Pielęgniarek. Sześć długich miesięcy, ogrom pracy i wysiłku włożony w kompletowanie niezbędnych dokumentów i ich tłumaczenie. Korespondencja z urzędami. Tygodniowy (bezpłatny) staż, który musiałam odbębnić. Dziesiątki telefonów. Wydatki. Nie było łatwo. Nie sadziłam, że się uda. Gdybym jednak jeszcze raz miała zacząć wszystko od początku, uprzejmie bym podziękowała.

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

5. Blog: to już rok!

W ciągu tego roku powstało 27 wpisów, co daje średnio mniej więcej dwa duże artykuły miesięcznie. Nie jest to może jakiś specjalny powód do dumy; wiem, że mogło być lepiej. Z drugiej strony widzę jednak po statystykach, że jest Was tu coraz więcej i coraz więcej czytelników wraca tu regularnie. A to już ogromny powód do dumy i zachęta, by pisać, tworzyć i publikować.

6. Ukończenie półrocznego kursu zawodowego

W poprzedniej pracy zostałam poniekąd wmanewrowana – już od samego początku – w dodatkowe obowiązki, których jednak chętnie się podjęłam, choć nie towarzyszyła im żadna dodatkowa gratyfikacja pieniężna.  Z tym jednak wiązała się konieczność odbycia półrocznych, semestralnych studiów na uniwersytecie De Montfort w Leicester. Jestem z siebie dumna, że udało mi się pogodzić prace na pełen etat z wymagającymi studiami, choć okupiłam to seansami wyrywania włosów z głowy i przeklinaniem na czym świat stoi, a przy okazji przesiedziałam nad książkami prawie całe zeszłoroczne święta i większość cennych dni wolnych.

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

7. Doskonalenie umiejętności fotograficznych i rozpoczęcie kursu online podstaw projektowania graficznego (autorstwa Jacka Kłosińskiego)

Parę lat temu potrafiłam posługiwać się jedynie automatycznymi ustawieniami mojej lustrzanki. Miałam prawie zerowe pojęcie o trójkącie ekspozycji w fotografii, czasach naświetlania, ekspozycji, balansie bieli, kompozycji, świetle itp. Coś tam słyszałam o fotografii bezcieniowej, ale do głowy mi nie przyszło, że kiedyś sama będę się w to bawić. Trójnóg fotografa? To nie dla mnie, myślałam. Filtry? Lampa błyskowa? Edycja w Photoshopie? Makrofotografia? Różne typy obiektywów? Czarna magia. Do czasu. Wciąż jeszcze mało wiem, ale to i tak przepaść, jeśli chodzi o obecna a dawna wiedze oraz umiejętności. Mąż jest pasjonatem fotografii, lubi tez kręcić krótkie filmiki, które sam montuje. Gdyby nie on, pewnie do dziś pstrykałabym zdjęcia bez większego pomyślunku i wiedzy technicznej.

8. Przygotowanie planów zawodowych na następne lata

A gdybym tak została tłumaczem przysięgłym?

Albo tłumaczem specjalistycznym?

Wróciła do Polski?

W ramach dodatkowych zajęć tłumaczyła literaturę?

Gdybym tak zaczęła pracować na własny rachunek?

… To na razie luźne rozważania…

2018, czyli osiem dobrych rzeczy

A tak było rok temu…

Pisałam już o tym u siebie na Instagramie. Mam takie jedno pragnienie: by się wreszcie ułożyło to, co ułożyć się do tej pory nie chciało, i by jeden po drugim uleciały raz na zawsze mniejsze i większe lęki, strachy i negatywne myśli…

Niech Wam się szczęści w tym nowym roku!

 

* C. Ahern, Na końcu tęczy

Zdjęcia (źródło: unsplash.com)

  1. Nathan Fertig
  2. Aaron Burden
  3. Kalle Kortelainen
  4. Galina N
  5. Jeremy Kovac
  6. Luke Hodde
  7. Jonathan Knepper
  8. Ian Schneider
  9. Olivia Basile
zBLOGowani.pl
zBLOGowani.pl